Bo dzieciom potrzebny jest doping

Październik 3, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Wakacje pozostały już tylko wspomnieniem i najwyższy czas wziąć się ostro do roboty. To znaczy – chciałam powiedzieć – do nauki 🙂 . Skończyła się laba – i to nie tylko dla naszych pociech, ale też i dla nas – rodziców.

Bo z dziećmi – to jak ze sportowcami. Trzeba ich stale dopingować. Nie ma rodzicielskiego dopingu – nie ma motywacji. Możemy dzieciom nie wiem jak długo i jak wiele razy powtarzać, że od ich sumiennego podejścia do obowiązków DZIŚ zależą ich osiągnięcia JUTRO. To dla dzieci raczej czysta abstrakcja. Mówić o tym – owszem, trzeba, ale dodatkowy doping jest niezbędny 😉 .

Prawda jest taka, że w wieku do ok.12 lat dzieci uczą się głównie DLA RODZICÓW. Jeśli widzą, że ich osiągnięcia interesują tatę i mamę, jeśli rodzice okazują im dumę i radość z dobrych ocen oraz autentyczną troskę i chęć pomocy w przypadku słabszych stopni – wtedy dziecko zrobi bardzo wiele, by zadowolić rodzica. Dziecko jest spragnione pochwał, uznania, docenienia. My dorośli też jesteśmy tego spragnieni, tyle tylko, że to skrzętnie ukrywamy. Dzieci są na szczęście bardziej spontaniczne.

Towarzysząc swoim dzieciom w szkolnych zmaganiach, zauważyłam jeszcze jedną rzecz. Być może Ty także. Zainteresowanie wynikami to jedna sprawa, ale kolejna – równie ważna – to fizyczne uczestniczenie w procesie nauki w domu (bo w szkole – to już z natury rzeczy niemożliwe 😉 ). Szczególnie jest to istotne u dzieci w klasach 1-3. O ileż chętniej dziecko uczy się wierszyka, gdy powtarza strofki wspólnie z mamą. O ileż chętniej robi działania arytmetyczne, gdy obok siedzi tata i pokazuje, jak można sobie pomóc rysunkiem lub innymi „sprytnymi metodami”. Jeśli rodzice robią to z uśmiechem, nie szczędząc słów pochwał i zachęty, w dziecku rodzi się niesamowity zapał. Widzę sama jaka jest różnica w motywacji córki, gdy zadaję jej jakieś ćwiczonko do zrobienia i sama zajmuję się swoimi sprawami, a jak to wygląda, gdy siadam z nią przy stole i i to samo zadanie robimy wspólnie. To znaczy ona robi, a ja siedzę, uśmiecham się i chwalę ją, jak to jej świetnie idzie 😉 . Tego się w ogóle nie da porównać.

Jest oczywiście jeden problem – wszyscy jesteśmy zapracowani, wracamy późno do domu i nie mamy siły na to, by uczyć się z dzieckiem wierszyka czy robić z nim jakieś trywialne ćwiczenia. Nie zapominajmy jednak, że czas poświęcony dziecku to inwestycja. Inwestując swoje pieniądze, musimy zrezygnować z zaspokojenia jakichś zachcianek czy potrzeb, by móc odłożyć odpowiednie sumy i w przyszłości cieszyć się zyskami. Inwestując swój czas w naukę i wychowanie dziecka, także musimy czasem zrezygnować z drobnych przyjemności – obejrzenia filmu w telewizji, spotkania z przyjaciółmi, poczytania książki. Po to, by kiedyś być dumnym ze swojego dorosłego już dziecka. Tak, tak – już teraz, gdy tak siedzi z językiem na wierzchu, kreśląc w skupieniu koślawe literki, ważą się jego przyszłe losy 🙂 .

Jak znaleźć czas dla dziecka? Trzeba przejrzeć swój plan dnia i zastanowić się, które z czynności nie są zbyt ważne, z których możemy zrezygnować, by uzbierać godzinkę lub dwie na naukę z pociechą. Moim zdaniem ze spokojem można pominąć ścieranie kurzy czy porządki w szafach – to da się zrobić w weekend. Jak nie ten, to następny 😉 . Mozemy też pominąć oglądanie wiadomości w TV – wystarczy poczytać rano gazetę w drodze do pracy lub – jeśli jeździsz samochodem – posłuchać wiadomości w radiu. Drobnymi pracami domowymi trzeba sie dzielić z dziećmi – o zmycie naczyń czy zamiecenie pokoju można z czystym sumieniem poprosić syna czy córkę. Jeśli odmówisz przyjaciółce czy znajomemu wspólnego spotkania czy zrezygnujesz z obejrzenia kolejnego odcinka serialu, który tak namiętnie oglądasz – świat się naprawdę nie zawali 😉 .

Warto tak zorganizować swój czas, by jak najpełniej uczestniczyć w życiu dziecka. I da się to zrobić. Trzeba tylko chcieć.

dziecko z mamą

Komentarze (2)

Mój syn powiedział mi kiedyś, jak jego kolega z klasy uczy się ortografii. Gdyby opowiedział mi to samo, mając 5 lat, pomyślałabym, że ponosi go dziecięca fantazja 😉 . Niestety tu miałam pewność, że mówi prawdę. Okazało się, że rodzice każą czytać temu chłopcu… słownik ortograficzny. Dwadzieścia minut dziennie.

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to – „Boże, co to dziecko zrobiło, że jest tak surowo karane?”.

Patrząc na to ze strony rodziców, to jest to zaiste super pomysł na edukację syna. Nie trzeba się zbytnio wysilać – wystarczy rzucić mu mniej lub bardziej opasłe tomisko, kazać mu czytać długaśne rządki słówek przez tyle i tyle minut i ma się problem z głowy. Rodzicielski obowiązek dopilnowania nauki dziecka wykonany. Ciekawe, czy ten czas ślęczenia nad słownikiem mierzą mu z zegarkiem w ręku…

Bardzo mi szkoda tego chłopca. Nie dlatego, żeby miał jakieś trudności z ortografią, bo jest akurat jednym z najlepszych uczniów w klasie. Pod względem ocen szkolnych to uczeń wzorowy. Ale jaką on radość czerpie z nauki? Jaki ma stosunek do zdobywania nowej wiedzy? Jakie ma możliwości rozwijania swojej wyobraźni, poczucia humoru, kreatywności i umiejętności logicznego myślenia? Kompletnie żadnych. Dlatego mi go szkoda, bo jest to dziecko o dużym potencjale, który jest bezmyślnie marnowany.

Z takich właśnie uczniów wyrastają potem smutni, zgorzkniali intelektualiści, których wiedza może jest i duża, ale u których nie ma radości z codziennych, małych odkryć, nie ma żadnej pasji, nie ma entuzjazmu. Jest tylko wieczna frustracja. Dlaczego? Bo w dzieciństwie nauczono ich, że nie jest ważny proces nauki, że droga do osiągnięcia celu musi być nudna i żmudna, że liczy się tylko wynik. Ten chłopiec, gdy dostaje z kartkówki piątkę z minusem, to ma zepsuty humor, bo ktoś inny dostał całą piątkę… A gdy dorośnie i okaże się, że nie zajmie najlepszego stanowiska w pracy, bo ktoś inny mu je sprzątnie sprzed nosa? Gdy założy własną firmę i okaże się, że wokół jest mnóstwo równie dobrych, albo lepszych konkurentów? Tragedia. Dorośli, którzy są nastawieni jedynie na wynik, traktują życie jako wieczną walkę, a każde niepowodzenie jak głęboką porażkę.

A ja chcę, żeby moje dzieci cieszyły się życiem. By czerpały z niego radość garściami. By teraz nauka, a potem praca sprawiały im przyjemność. By miały w sobie chęć odkrywania i poznawania.

Czy nauka ortografii nadaje się do realizowania takiego celu? Jak najbardziej. Można uczyć się ortografii wykorzystując wyobraźnię, logiczne myślenie, poczucie humoru, kreatywność. Można uczyć się ortografii tarzając się ze śmiechu. O tym, jak to zrobić, napisałam w swoim najnowszym ebooku, który właśnie się ukazał – „ABC Mądrego Rodzica – Skuteczna nauka ortografii”. Znajdziesz tam wskazówki, jak sprawić, by dziecko polubiło ortografię, by zapamiętywało pisownię wyrazów nawet wtedy, gdy ma ogólne trudności z nauką. Zamieściłam w ebooku także mnóstwo przykładów różnych zabaw i ćwiczeń, które przy okazji ćwiczenia pisowni wpływają na ogólny rozwój dziecka – językowy i nie tylko. Tylko jeden rodzaj ćwiczeń skrzętnie i bezwzględnie pominęłam – dyktanda 😉 .

Nauka ortografii bez dyktand? To naprawdę możliwe!

Komentarze (3)

Dziś na rozpoczęciu roku szkolnego jednym z tematów był oczywiście temat mundurków. Poczułam się trochę jak za dawnych lat, gdy uczyłam się jeszcze w szkole i gorąco pragnęłam, żeby jakaś klasówka się nie odbyła. Marzyłam, żeby nagle zdarzył się cud i nauczycielka nielubianego przeze mnie przedmiotu obwieściła, że klasówki nie będzie.

Teraz też gorąco pragnęłam, żeby zdarzył się cud i pomysł mundurków odszedł w zapomnienie. Niestety realia naszego systemu szkolnictwa są okrutne i na cuda nie ma co liczyć. Na cuda nie, ale na dziwy – tak 😉 .

Mundurki miały być rzekomo zbawienne dla dzieci, które pochodzą z biedniejszych rodzin i nie powinny oglądać „rozpasanych” strojów tych, którym się lepiej powodzi. Pomysł iście rodem z czasów komunistycznych. To dokładnie tak, jakby gospodarz domu, zapraszając do siebie gości i wstydząc się karaluchów pełzających po mieszkaniu, wydał pieniądze na wykładzinę, żeby te karaluchy przykryć. Przepraszam za to może niezbyt smaczne porównanie, ale dla mnie wydawanie pieniędzy na mundurki jest tak samo idiotyczne.

Zresztą reakcje w niektórych szkołach były naprawdę genialne. Rodzice wpadli na pomysł, żeby biedniejsi kupowali mundurki za 40 zł (tanie, ale byle jakie), a ci bogatsi – za 100 zł, bo oni przecież nie kupią dziecku mundurka z byle jakiego materiału. Efekt – w ławkach będą siedzieć dzieci w dwóch wersjach szkolnych uniformów – szczęśliwsi w wersji droższej, pechowi (bo rodzicom się gorzej powodzi) – w wersji tańszej. I całe szczytne założenie o zrównaniu wszystkich uczniów do jednego poziomu zamożności bierze tym samym w łeb…

Gdzie tu jakaś logika? Po co dzieciom oczy zamydlać, że nie ma w społeczeństwie różnic w zamożności? Żeby im nie sprawiać przykrości? Ale przecież wspomniane karaluchy i tak po jakimś czasie wypełzną spod nowiutkiej wykładziny… A dzieci po opuszczeniu szkoły i zrzuceniu z siebie mundurków natychmiast zauważą, że społeczeństwo dzieli się na bardzo biednych, biednych, średnio zamożnych, zamożnych i bardzo bogatych. Chcemy z tej informacji zrobić jakąś „miłą” niespodziankę na dobry początek dorosłego życia?

A może byłoby lepiej, gdybyśmy inaczej wykorzystali te same fundusze? Zamiast kupować jednakowe szmatki dla wszystkich uczniów – opracujmy program nowego przedmiotu szkolnego. Niech on się nazywa inteligencja emocjonalna. Albo – zaradność życiowa. Albo – moja droga do sukcesu. Albo jeszcze inaczej. Może zaczęlibyśmy w końcu uczyć nasze dzieci w szkołach, co robić, żeby NIE zaznać biedy. Nauczyć, jak stawiać sobie cele, jak się motywować, jak zdobywać praktyczną wiedzę, jak ćwiczyć wytrwałość i samodyscyplinę, jak komunikować się z ludźmi, jak uwierzyć w siebie? Z takiego przedmiotu każde dziecko wyniosłoby wartościową i bardzo potrzebną wiedzę. Mniej byłoby w przyszłości sfrustrowanych ludzi bez pracy i bez perspektyw.

Mój syn czasem opowiada mi o swoich kolegach – tych, którzy mają „wypasione” komórki, super markowe ciuchy, sprzęt do skateboardingu z najwyższej półki, a ich rodzice posiadają duże domy i po kilka samochodów. I co – jeśli ten kolega założy granatowy mundurek, to coś to zmieni?

I gdy tak słucham tych jego opowieści o tym, co inni mają, a on nie, to zawsze odpowiadam: Synku, ty również, jak dorośniesz, będziesz żył na takim poziomie, jaki sobie wymarzysz. Masz wszystko co potrzeba, by odnieść w życiu sukces. I on o tym wie i w to wierzy. Bo jego mama – że tak brzydko powiem – ma fioła na punkcie uczenia swoich dzieci inteligencji emocjonalnej 😉 .

A mi się marzy, żeby taka wiedza trafiała do WSZYSTKICH DZIECI bez wyjątku. I tych z rodzin biednych, i tych z rodzin zamożnych. I tych z rodzin tzw. normalnych, i tych z patologicznych. A zarządzenie o mundurkach – żeby przeszło do historii jako ciekawostka, która nigdy nie została wprowadzona w życie…

Komentarze (3)

Rewelacyjna książka dla nastolatków

Sierpień 21, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Nastolatki

Serwis SuperKid jest skierowany głównie do rodziców dzieci młodszych, ale blog ze swej natury ma charakter nieco osobisty, a moje dzieciaki – czy mi się to podoba, czy nie – rosną jak na drożdżach (to ciekawostka, bo one rosną, a ja się czuję coraz młodsza 😉 ). Pozwoliłam więc sobie na założenie w blogu osobnej kategorii tematycznej „Nastolatki”, bo myślę, że najcenniejsze spostrzeżenia to te, które czynimy na bieżąco, rozwiązując problemy nie w teorii, tylko w praktyce, w realiach codziennego życia.

A rzecz dotyczy pewnej książki, którą ostatnio kupiłam synowi. Domyślałam się, że będzie niezła (dlaczego? – o tym za chwilę), ale to, co działo się później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mój 12-letni syn zaczął zachowywać się dość nietypowo, a oto objawy jego „dziwnego” zachowania:

1. Po wstępnym przejrzeniu książki zabrał się za czytanie zaraz po wyjściu ze sklepu i nie odrywał od niej oczu przez całą drogę do domu.

2. Czytał przez kilka dni do późna w nocy, a ja – wyganiając go o 23-ciej spać, myślałam sobie – Boże, co ze mnie za matka, że pozwalam mu na tak rozregulowany tryb życia … 😉

3. Raz po raz, powtarzał na głos to samo zdanie – cytuję dosłownie 😉 – „Jacie, ale ta książka jest świetna!”

4. Od czasu do czasu, gdy byłam w pobliżu, podnosił nieoczekiwanie znad książki głowę i mówił z ognikami w oczach: „Słuchaj mama tego…” – i tu zaczynał czytać na głos jakiś dłuższy fragment, wcale nie pytając mnie o zdanie, czy mam czas i ochotę słuchać tej książki w wersji audio 😉 .

I dodam, że nie był to ani Harry Potter, ani żadna inna trzymająca w napięciu powieść. Było to „6 najważniejszych decyzji, które kiedykolwiek podejmiesz” – poradnik dla nastolatków autorstwa Seana Covey’a.

Nie kupowałam tej książki w ciemno – wcześniej czytałam znane książki ojca Seana – Stephena Covey’a („7 nawyków skutecznego działania” i „7 nawyków szczęśliwej rodziny”). Syn czytał również inną książkę samego Seana – „7 nawyków skutecznego nastolatka”. Wszystkie książki były bardzo dobre – motywujące, inspirujące, uczące tego, jak realizować swój własny potencjał.

Ale książka, o której tu mowa, jest naprawdę wyjątkowa. Pisana językiem nastolatków do nastolatków. Mówi o najważniejszych problemach młodych ludzi. Bez „ściemy”, sztucznego moralizatorstwa i nudnych wywodów. Napisana jest naprawdę ciekawie – narracja jest prowadzona w formie luźnej rozmowy z młodym czytelnikiem, a autor podaje dużo przykładów i opowieści z życia wziętych. Poradnik zawiera sporo testów i ćwiczeń, które pozwalają nastolatkowi poznać lepiej samego siebie. Wszystko to dopełniają dowcipne rysunki, które bardzo trafnie i obrazowo ilustrują przekazywane treści.

Wątkiem przewodnim tego poradnika jest myśl, które pojawia się we wstępie:

„Jako nastolatek (nastolatka) podejmiesz sześć decyzji, które zadecydują o tym, czy wygrasz, czy przegrasz swoją przyszłość. Dokonaj zatem mądrego wyboru i nie zawal sprawy.”

Każdej decyzji poświęcony jest osobny rozdział i dotyczą one sześciu ważnych sfer życia nastolatka: szkoła, przyjaciele, rodzice, randki i seks, nałogi, poczucie własnej wartości. Rozdziały poświęcone dwóm najtrudniejszym chyba tematom: sprawom seksu i nałogów przekazują sporą dawkę wiedzy w sposób bardzo rzetelny, a jednocześnie lekkostrawny dla młodego człowieka. I jest to wiedza naprawdę aktualna (czy takie tematy, jak marihuana, narkotyki klubowe typu ecstasy, sterydy – coś ci mówią? Tylko nie mów, że to na pewno nie dotyczy twojego dziecka – odsyłam w razie czego do swojego wpisu Bądźmy czujni).

Jednym słowem, gdybym miała ocenić tę książkę w skali od 1 do 6, dałabym 7 😉 .


okładka

Komentarze (11)

Jeszcze parę słów o córeczkach

Sierpień 7, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Przeprowadzono kiedyś pewne doświadczenie. Grupę niemowlaków obu płci ubrano w niebieskie i różowe ubranka, a ojców poproszono, by opisali owe dzieciaczki. Co się okazało? Maluszki w różowych ubrankach zostały opisane jako delikatne, śliczne i słodkie, natomiast te w niebieskich śpioszkach jako silne i bystre. Co ciekawe, dzieci były ubrane losowo, tak więc w obu grupach znajdowały się zarówno dziewczynki jak i chłopcy. To daje nam pewien obraz tego, … co tatusiowie myślą o różowych ubrankach 😉 . A tak na poważnie – pamiętajmy o tym, że sposób postrzegania przez nas dziecka wpływa na nasze zachowania. Rzutujemy na dziecko własne przekonania i oczekiwania, które ono bezwiednie może realizować, co niekoniecznie jest dla niego dobre.

Wychowując dziewczynkę, trzeba szczególnie zadbać o to, by się dobrze czuła sama ze sobą. By wiedziała, że jest ważna i wartościowa, bez względu na to, jak wygląda, jakie ma zdolności, jak sobie radzi w różnych sytuacjach. Chcemy przecież, by wyrosła z niej kobieta silna, asertywna, żyjąca w pełnej harmonii z samą sobą. Warto w tym celu zrewidować własne poglądy na temat tego, co to znaczy „grzeczna” dziewczynka.

Moja córka ma akurat dość silną osobowość, wie czego chce, często „rządzi się” i próbuje dyrygować starszym bratem, potrafi też ostro wyrazić swój sprzeciw. I ja się z tego cieszę. Oczywiście nie pozwalam jej na wszystko, co tylko zechce, ale temperuję ją raczej bardzo delikatnie i tylko wtedy, gdy uznam to za konieczne.

Każda dziewczynka musi wiedzieć, że ma prawo powiedzieć nie. Ma prawo wyrazić własne zdanie. Kształtując jej własne poczucie wartości, masz szansę uchronić ją przed strachem, kompleksami czy poniżeniem w przyszłości.

Czy wiesz, że istnieje coś takiego, jak syndrom ofiary? Kiedyś w pewnym doświadczeniu poproszono kilkunastu więźniów o wskazanie w grupie przechodniów osób, które wybraliby na swoje ofiary. Każdy z przestępców wybierał samodzielnie, nie wiedząc, kogo wybrali pozostali, a jednak okazało się, że wszyscy wskazali te same osoby… Ofiarami napaści są bowiem najczęściej osoby zalęknione, niepewne, chodzące ze wzrokiem wbitym w ziemię. Zadbajmy więc o to, by nasze małe kobietki miały w sobie odwagę i pewność siebie. Tej odwagi nie będą miały, jeśli – jako rodzic – będziesz wobec córki nadopiekuńczy lub też będziesz tłamsić u niej przejawy niezależności i buntu.

O tym, jak rozwijać w dziecku wiarę w siebie pisałam sporo w „ABC Mądrego Rodzica – Droga do sukcesu”. Także we wspomnianej wcześniej przeze mnie książce
„Wychowywanie dziewcząt”
znajdziesz wiele informacji na ten temat. W największym skrócie sprowadza się to do następujących wskazówek:

  1. nie ograniczaj, a raczej zachęcaj
  2. daj prawo do wyrażania uczuć
  3. naucz radzić sobie z lękiem
  4. pozwól na samodzielność i popełnianie błędów
  5. kochaj bezwarunkowo

Szczególnie to ostatnie jest BARDZO ważne. Kobieta, która w dzieciństwie nie doświadczyła miłości obojga rodziców, ma bardzo zaniżone poczucie wartości. Nie czuje się warta miłości, więc będzie przez całe życie godziła się nieświadomie z rolą ofiary. Uzna po prostu, że nie zasługuje na nic lepszego. Przytulajmy więc często nasze córki i nie limitujmy im okazywania naszej matczynej czy ojcowskiej miłości.

A tatusiowie niech spróbują zapomnieć o tym, że ich skarby w różowych ubrankach są słodkie i urocze. Niech pograją z nimi czasem w piłkę, połażą po drzewach, porozwiązują łamigłówki logiczne i pobudują imponujące konstrukcje z klocków. Nagrodą w przyszłości będzie duma ze wspaniałych osiągnięć córki – zarówno w życiu prywatnym, jak i na polu zawodowym.

Komentarze (2)

Wychowywanie dziewcząt

Lipiec 24, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Pisałam jakiś czas temu o specyfice wychowywania chłopców i czas najwyższy, żeby dla równowagi napisać co nieco o dziewczynkach. Sięgnęłam z ciekawości po książkę Giseli Preuschoff zatytułowaną „Wychowywanie dziewcząt”, która zgodnie ze swoim podtytułem miała wyjaśnić, „dlaczego dziewczynki różnią sie od chłopców i jak pomóc im wyrosnąć na szczęśliwe i silne kobiety”.

Muszę przyznać, że pierwsze moje zetknięcie z tą książką nie było zbyt udane i po pierwszych kilkudziesięciu stronach rozczarowana odłożyłam ją na półkę. Dlaczego? Nie dlatego, że była nudna. Ani też nie dlatego, że głosiła coś, z czym się nie zgadzałam. Nie, to nie to. Po prostu spodziewałam się solidnej porcji wiedzy na temat „małych kobietek”, a tymczasem wiele podanych tam informacji o dziewczynkach byłoby tak samo prawdziwych, gdyby zamiast słowa „dziewczynka” użyć „chłopiec” czy po prostu „dziecko”. Wystarczy spojrzeć na poniższe cytaty zaczerpnięte z tejże książki:

„Jeśli akceptujesz córkę taką, jaka jest, opiekujesz się nią odpowiedzialnie, sprawiasz, że czuje się zupełnie bezpieczna i często ją przytulasz, dajesz jej solidną podstawę, która pozwala jej prawidłowo się rozwijać.”

albo

„Małe dziewczynki, które od początku mają oboje rodziców,szybko się uczą różnych wzorców relacji międzyludzkich i inaczej odbierają więzi z różnymi osobami. Dzięki temu łatwiej sie odnajdują w nowych sytuacjach: dysponują większym repertuarem reakcji niż dzieci, którymi opiekuje sie tylko jedno z rodziców”.

i jeszcze jeden przykład

„Rozmowa z córeczką i słuchanie jej jest najlepszym sposobem na rozwijanie jej zdolności językowych.”

Wszystkie te zdania są przecież prawdziwe nie tylko o dziewczynkach, ale o dzieciach w ogóle. I z takim mniej więcej wnioskiem przerwałam czytanie tej publikacji.

Należę jednak do osób, które czują się nieswojo, nie doczytawszy książki do końca, więc po jakimś czasie wróciłam do lektury 🙂 . Już bez żadnego nastawienia – ot tak, żeby po prostu poznać punkt widzenia autorki na wychowanie nie tylko dziewcząt, ale dzieci w ogóle. I dobrze zrobiłam, bo książkę czytało się naprawdę nieźle i wbrew pozorom, co nieco o naturze dziewczynek się dowiedziałam. Część informacji potwierdzała to, co obserwowałam u swojej córki, a część stanowiła dla mnie nowość.

Autorka zauważyła na przykład bardzo ciekawą rzecz. I rzeczywiście, gdy się nad tym dłużej zastanowiłam, to przyznałam jej rację. Otóż kiedy dziewczynki dostają dobre stopnie, zwykle chwali się u nich nie zdolności, tylko pracowitość. O chłopcu zazwyczaj mówimy, że jest inteligentny, bystry, wszechstronnie uzdolniony. A o dziewczynce? Pracowita, systematyczna, staranna. Czy zauważasz różnicę? Czy taka dziewczynka, której sukcesy przypisuje się pracowitości, systematyczności i staranności, uwierzy w przyszłości, że jest w stanie być przedsiębiorcza, kreatywna, zdolna rozwiązywać najtrudniejsze nawet problemy?

Ja w każdym bądź razie będę uważała na to, co mówię do córki. A do tematu wychowywania dziewcząt wrócę jeszcze następnym razem.

Wychowywanie dziewcząt

Komentarze (3)

Starszy brat mądrzejszy?

Lipiec 9, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Inteligencja dziecka

Ostatnio w Wyborczej pojawił się artykuł na temat – wydawałoby się – interesujący, a mianowicie o tym, jak wygląda sprawa intelektu u dzieci z tej samej rodziny. Kto bardziej inteligentny – młodszy czy starszy brat? Napisałam „wydawałoby się interesujący”, bo zakończyłam czytanie tego artykułu z wyrazem twarzy, który można by określić jako pobłażliwa wyrozumiałość dla pseudonaukowych odkryć.

A wszystko zaczęło się od badań przeprowadzonych w ubiegłym wieku, kiedy to duńscy naukowcy stwierdzili, że poziom IQ wśród młodych mężczyzn jest odwrotnie proporcjonalny do kolejności urodzeń – im młodszy brat, tym rzekomo mniej inteligentny.

Zaczęto szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Według jednej z postawionych tez, pierwsze dziecko rozwija się w bardziej komfortowych warunkach niż kolejne, ponieważ rodzice poświęcają mu więcej czasu. Inna hipoteza głosiła, ze niższa inteligencja młodszego rodzeństwa może być spowodowana atakiem przeciwciał matki na mózg płodu, gdyż ich poziom jest coraz wyższy podczas każdej kolejnej ciąży.

Potem za temat wzięli się norwescy naukowcy (ciekawe czy to przypadek, że znowu Skandynawowie…), którzy przeprowadzili badania wśród blisko 250 tys. rekrutów w norweskich siłach zbrojnych. Ci biedni rekruci zostali poddani obowiązkowemu badaniu inteligencji. I co stwierdzono? Że poborowi, którzy urodzili się w swej rodzinie jako pierwsze dziecko, mieli średnio o 2,3 pkt wyższe IQ niż ich drudzy z kolei bracia. Różnica pomiędzy drugim a trzecim synem wynosiła 1,3 pkt.

Potem, zbliżając się do końca artykułu, dowiadujemy się, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana (nowe odkrycia – nowe komplikacje 😉 ), bo okazuje się, że do 12-tego roku życia to młodsze dziecko jest bardziej inteligentne, a dopiero w starszym wieku następuje odwrócenie ról i starsze dziecko, dojrzewając, przegania intelektualnie młodsze. Przyczyną tego ma być fakt, że starsze dzieci rozwijają swoją inteligencję, przekazując wiedzę rodzeństwu. Ucząc młodszych braci lub siostry, porządkują myśli i szkolą się w ich wyrażaniu.

I na tym mniej więcej (nie wchodząc już w dalsze szczegóły) kończy się artykuł. A ja się pytam:

I co z tego?

Czemu właściwie miały służyć te badania i jakiż to szczytny cel im przyświecał? Bo ja żadnego sensownego celu tu nie widzę.

Człowiek to ciekawa istota. Bardzo lubimy oceniać innych, wartościować, mierzyć czy przystają do standardów. Gdyby istniała miarka (coś w rodzaju miarki krawieckiej), którą można by było przystawić komuś do czoła i zmierzyć jego intelekt, to pewnie wszyscy byśmy chodzili z takimi miarkami i przystawiali każdemu napotkanemu przechodniowi 😉 . Ten taki mądry, a ten mniej mądry. Ten zdolny, a ten już niezdolny (pytanie: do czego niezdolny?). Ten ma wysokie IQ, a ten takie sobie. Ten intelektualista, a ten głupek.

A ja nie pytam, które z moich dzieci jest bardziej inteligentne. Ja tylko pytam, co jeszcze mogę zrobić, żeby wyrosły na szczęśliwych i wartościowych ludzi, śmiało realizujących własne marzenia. A cała reszta to pryszcz 😉 .

Nie oceniajmy naszych dzieci, tylko wspierajmy je w rozwoju.
Tak po prostu.

Komentarze (5)

Wychowywać w duchu tolerancji

Czerwiec 28, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Inne

Zazwyczaj nie zajmuję się polityką, bo wolę angażować się w inne sprawy – takie, na które mam wpływ i gdzie coś mogę dobrego zrobić. Ale ostatnie poczynania ministra Giertycha nawet mnie wyprowadziły z równowagi – pewnie dlatego, że postępowanie tego pana, sposób wyrażania się i traktowania drugiego człowieka oraz jego propozycje odnośnie zmian w edukacji dotyczą bezpośrednio naszych dzieciaków, a ten temat bynajmniej nie jest mi obojętny.

Wczoraj dowiedziałam się, że istnieje w internecie list otwarty nauczycieli do pana ministra. Zacytuję tu niektóre fragmenty, bo dokładnie oddają również moje zdanie w tej kwestii:

::::::::::::::::::::::

Szanowny Panie Ministrze!

Wyrażamy sprzeciw wobec działań Ministerstwa Edukacji Narodowej godzących w takie wartości jak wolność sumienia, tolerancja, otwartość i swobodna wymiana myśli – wartości, które powinna szanować nowoczesna europejska szkoła.

Z niepokojem stwierdzamy, że działania Ministerstwa pod Pana kierownictwem tworzą klimat, w którym promuje się w szkołach jedynie słuszne poglądy, oparte na pseudonaukowych teoriach, populistycznych opiniach i krzywdzących stereotypach. Zabrania się prezentowania odmiennego punktu widzenia.(…)

Ograniczana jest wolność głoszenia poglądów opartych na idei równych praw i wolności oraz niezbywalnej godności każdego człowieka. Zmiany w kanonie lektur i wliczanie oceny z religii do średniej ocen uważamy za przejaw faworyzowania jednej opcji światopoglądowej.(…)

Sprzeciwiamy się retoryce nienawiści i pogardy wobec odmienności, której nie sposób zakwalifikować inaczej niż jako agresję słowną – niedopuszczalną zwłaszcza u tych, których zadaniem jest edukacja.(…)

Sprzeciwiamy się modelowi polskiej szkoły, z której w świat wyjdzie uczeń pełen uprzedzeń wobec inności, bojący się wyrażania własnych poglądów, idący pokornie i bezrefleksyjnie za głosem większości. Nie tak rozumiemy misję szkoły w Europie, na początku XXI wieku.(…)

::::::::::::::::::::::

List podpisywany jest nie tylko przez nauczycieli, ale i przedstawicieli innych zawodów, również przez studentów. Oczywiście także złożyłam swój podpis.

Bo ja swoje dzieci chcę wychować w duchu tolerancji, otwartości i szacunku do drugiego człowieka. Polowania na czarownice i palenie na stosie mieliśmy w średniowieczu. Teraz mamy XXI wiek. Myślę, że Panu Ministrowi pomyliły się epoki…

List protestacyjny znajduje się na stronie: www.protestnauczycieli.pl.

Komentarze (1)

Przejmij odpowiedzialność

Czerwiec 18, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rozwijanie umysłu

Posyłając dziecko do szkoły liczymy na to, że oto oddajemy naszą pociechę w dobre ręce. Tu trafi na profesjonalnych pedagogów, którzy odkryją i rozwiną uzdolnienia naszego „małego geniusza”, rozbudzą w nim ciekawość świata, nauczą go, jak się uczyć i poznawać otaczającą rzeczywistość, wyszukają wiele sposobności ku temu, by istniejące w dziecku talenty mogły rozkwitnąć.

Prawda?

Nieprawda.

To dość smutna refleksja, ale niestety prawdziwa. Przekonałam się o tym ponownie w ostatnich dniach. Właściwie nic nowego, a jednak pozostawia po sobie jakieś nieprzyjemne uczucie…

W tym roku syn po raz kolejny brał udział w konkursie matematycznym Kangur. O tym, jak wspólnie z dziećmi traktujemy wszelkiego rodzaju konkursy pisałam już tutaj. W poprzednich dwóch latach należał do grona laureatów, dzięki czemu przeżył wspaniałą przygodę – nagrodą w tej kategorii wiekowej był wyjazd do Legolandu (jeśli jesteś ciekaw, jakie metody stosuję, by rozwijać uzdolnienia swoich dzieci, zajrzyj do „Inteligencji Twojego dziecka” – tam opisałam swoją „receptę” 🙂 ).

W zeszłym miesiącu – w okresie gdy ogłaszane są zazwyczaj wyniki konkursu – syn nie dostał żadnej informacji na swój temat. Uznaliśmy wobec tego, że widocznie tym razem poszło mu słabiej. Zaakceptowaliśmy to i zapomnieliśmy o sprawie.

Tymczasem, parę dni temu, chłopak wrócił do domu uradowany. Okazało się, że otrzymał bardzo dobry wynik i w nagrodę wyjeżdża w lecie na wycieczkę do Lwowa. Dyrektorka wcisnęła mu w rękę jakiś formularz do wypełnienia i numer telefonu, żeby mama (czyli ja) sama sobie podzwoniła i dowiedziała się, co i jak. Nie wiadomo było, ani które miejsce zajął, ani gdzie dostarczyć ten formularz, ani do kiedy. Kompletnie nic.

Gdy zadzwoniłam pod podany numer, okazało się, że wszystkie informacje zostały wysłane do szkoły już w maju – jaki wynik, jakie formalności trzeba dopełnić i do kiedy. Wysłano też dyplom i inne dokumenty.

Nie powiem, byłam trochę tym wszystkim rozgoryczona. Pomijam już fakt, że szkoła nie zrobiła zupełnie nic, by pomóc w przygotowaniach do któregokolwiek z konkursów. Sama przecież wyszukiwałam dziecku testy, pomagałam przy ich sprawdzaniu, tłumaczyłam mu niejasne rzeczy – o ile sama potrafiłam, bo jestem przecież humanistką, a nie matematykiem. Wynajdywałam różne konkursy, by syn mógł się sprawdzać, trenować, zdobywać motywację do dalszych wysiłków. I nawet wtedy, gdy chłopak – jak to się mówi – „godnie zaprezentował szkołę”, ta nie stanęła na wysokości zadania, by zainteresować się choć trochę i przynajmniej w przyzwoity sposób powiadomić syna o jego osiągnięciu.

Naprawdę, ręce opadają.

Ale wiesz co? Wiem jedno – nie warto narzekać. System edukacyjny jest taki, a nie inny i tego nie zmienimy. Nauczyciel nie zajmie się uzdolnieniami Twojego dziecka, bo za mało zarabia, bo czuje się niedoceniany i sfrustrowany, a na dodatek boi się agresywnych łobuzów, których w szkole jest niemało. I nie mówię tego złośliwie – taka jest po prostu rzeczywistość. Do tego dochodzą jeszcze w ostatnim czasie objawy ostrego szoku w wyniku coraz to nowych pomysłów naszego wicepremiera G., które to pomysły niejednemu z nas odbierają z wrażenia mowę…

Dlatego jeśli chcesz, by Twoje dziecko rozwijało swoje mocne strony, musisz zająć się tym sam. Przejmij odpowiedzialność. Nie czekaj na szkołę, nauczycieli, sprzyjające okazje. Od Ciebie – rodzica – zależy, czy te mocne strony w ogóle zostaną dostrzeżone, a potem – jak ten potencjał będzie wykorzystany. Jeśli czytałeś „Inteligencję Twojego dziecka” to wiesz już, że pierwsze 10 lat życia małego człowieka to okres bezcenny z punktu widzenia rozwoju jego umysłu.

Nie zaprzepaść tego – przejmij odpowiedzialność.

Nauczyciel nauczy Twoje dziecko – lepiej lub gorzej – liczyć, czytać, pisać. Nauczy, gdzie płynie Wisła, jakie są części mowy i jak z nasionka powstaje roślina.

Ale o odkrycie w Twoim dziecku jego talentów i o ich właściwy rozwój musisz zadbać TY sam. Wymaga to trochę wysiłku i czasu, ale daje olbrzymią satysfakcję. Bo wiesz, że pomagasz dziecku zbudować wysokie poczucie własnej wartości, które w dorosłym życiu bardzo mu się przyda.

Komentarze (4)

Zmiany na witrynie

Czerwiec 7, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Informacje o serwisie

Uff, czuję się jak po generalnym remoncie. A nie przepadam za remontami (a kto je lubi? 😉 ). Ale zrobiłam w końcu to, co planowałam od dłuższego czasu, a na co brakowało mi zwyczajnie odwagi. Założyłam mianowicie CMS, czyli system zarządzania treścią (content management system), dzięki czemu zacznę lepiej panować nad moimi podstronami w serwisie. SuperKid (ku mojej uciesze 🙂 ) rozrasta się i trzeba było wziąć to jakoś w ryzy.

Musiałam w związku z tym zmienić wygląd frontowej strony serwisu, ale mam nadzieję, że szybko przyzwyczaisz się do nowego wizerunku 🙂 .

Przy okazji chciałabym podziękować koledze z serwisu naszedzieciaczki.eu za zachętę. Takiego przysłowiowego kopa właśnie potrzebowałam.

Teraz, ponieważ zaczął się mój urlop, rozstaję się na małą chwilę z serwisem. Myślę, że nikt na tym za bardzo nie ucierpi, bo na dworze zaczyna się robić coraz ładniej i zarówno dzieci – jak i ich rodzice – będą, mam nadzieję, mniej czasu spędzać przed komputerem, a więcej na słoneczku 🙂 . Czego Wam życzę.

Jeśli chciałbyś wiedzieć na bieżąco, co nowego pojawia się w serwisie, jakie nowe artykuły dla Ciebie czy materiały edukacyjne dla Twoich dzieci zostały opublikowane, zachęcam Cię, byś zapisał się na darmowy cotygodniowy biuletyn. Dzięki temu zawsze będziesz wiedział, co ciekawego „wrzuciłam” do serwisu 🙂 . Zapisać możesz się tutaj.

Tak więc do usłyszenia po urlopie, za około 2 tygodnie 🙂 .

słońce

Komentarze (4)