Czego życzę dzieciom

maj 31, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Ledwo minął Dzień Matki, a tu już kolejna okazja do składania życzeń, czyli Dzień Dziecka 😀 . Ale to dobrze – składajmy sobie dobre życzenia jak najczęściej. Wypowiedziane szczerze i życzliwie, są one przecież dla nas źródłem pozytywnej i wspierającej energii.

Ja dla wszystkich dzieci mam dłuuuuuugą listę życzeń – pewnie by mi miejsca na blogu nie starczyło 😉 . Wymienię więc tylko te najważniejsze. Życzę każdemu dziecku:

  • by miało kogoś naprawdę bliskiego, dla kogo będzie rzeczywiście WAŻNE
  • by jak najczęściej słyszało od mamy i taty: „Kocham Cię synku/córeczko” – także wtedy, gdy nie zachowuje się wzorowo 😉
  • by dostawało od rodziców całusy bez żadnych limitów i by mogło się do nich tulić kiedy tylko ma na to ochotę
  • by w trudnych dla siebie momentach mogło zawsze usłyszeć:
    „Rozumiem, co czujesz synku/córeczko”
  • by dorośli chcieli i potrafili dostrzec w nim talenty i uzdolnienia i pomogli mu je rozwijać
  • by nie bało się marzyć, by z ufnością i śmiałością te marzenia realizowało
  • by wierzyło, że może dokonać wspaniałych rzeczy i by mu nikt tej wiary nie odbierał
  • by miało jak najwięcej powodów do uśmiechu i szczerej, płynącej z serca radości
  • by miało w pobliżu kogoś, kto nauczy je radzić sobie ze smutkiem, złością, rozczarowaniem i innymi przykrymi emocjami, które – czy tego chcemy czy nie – są w naszym życiu częstym gościem
  • by wyrosło na człowieka, który kiedyś będzie mógł o sobie powiedzieć:
    „Jestem naprawdę szczęśliwy”.

Tego wszystkiego życzę wszystkim dzieciaczkom – tym mniejszym, tym większym i także tym, które mają już naście lat i nie pozwalają nazywać się dziećmi 😉 .

miś

Komentarze (2)

Dzień Matki

maj 26, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Kochana Mamo,

Życzę Ci, żebyś umiała kochać SIEBIE tak samo, jak kochasz innych. Żebyś nauczyła się poświęcać SOBIE tyle samo czasu, ile poświęcasz go innym. Żebyś umiała znaleźć równowagę między zaangażowaniem w sprawy swoich bliskich a troską o SIEBIE.

Jesteś tak samo ważna, jak Twoje dzieci, Twoi rodzice, Twój mąż. Ważne są także TWOJE potrzeby i TWOJE pragnienia. Ty także masz prawo do realizowania SWOICH marzeń.

Życzę Ci, żebyś pamiętała o tym wszystkim w gąszczu codziennych radości i trosk.

kwiaty

Komentarze (1)

Ostatnio, przeglądając prasę, natrafiłam na wzmiankę o dziewczynce, która leży w szpitalu, walcząc o życie. Zemdlała w szkole, a zaniepokojeni nauczyciele wezwali pogotowie. Okazało się, że uczennica… przedawkowała heroinę.

Dla mnie to był podwójny szok. Po pierwsze, byłam zdumiona, że dzieci mają do czynienia z tymi najcięższymi narkotykami. Po drugie, gdy dowiedziałam się, że dziewczynka ma 12 lat, poczułam coś, co trudno opisać słowami.

Przecież mój syn jest dokładnie w tym samym wieku…

Często jest tak, że czytamy tego typu newsy i myślimy sobie: jak dobrze, że mnie ten problem nie dotyczy. Ktoś ma problem, ale nie ja. Moje dziecko? Nie, to niemożliwe.

Tylko że ojciec tej dziewczynki myślał dokładnie tak samo. Dziewczynka jest dobrą uczennicą, nie było z nią nigdy problemów. Podjęto śledztwo, by sprawdzić, czy nie zażyła narkotyku przez przypadek. Może ktoś dodał do jedzenia lub picia. Badania jednak wykazały, że dziecko ma uszkodzone płuca, co wskazywałoby na palenie heroiny i to przez jakiś dłuższy czas.

Dla tej dziewczynki i jej rodziny to wielka tragedia.Dla innych rodziców powinna to być przestroga.

Według doniesień portalu Onet.pl, najnowsze badania wykazują, że eksperymentowanie z marihuaną bądź haszyszem ma za sobą prawie co piąty piętnastolatek. Niecały jeden procent badanych młodych Polaków przyznaje się, że próbowało marihuany już w wieku 12 lat. Natomiast ponad dwa procent mając 13 lat. W przypadku piętnastolatków odsetek ten wzrasta już czterokrotnie. To są suche liczby, za którymi kryją się jednak olbrzymie ludzkie tragedie.

Bądźmy czujni. Narkotyki to nie jest już problem, który ma ktoś tam, gdzieś tam. Ten problem dotyczy nas wszystkich. Obserwujmy swoje dzieci, rozmawiajmy z nimi jak najczęściej.
I nie chodzi o to, by im robic pogadankę o narkotykach, gdy przerazi nas jakiś artykuł w gazecie. Rozmawiajmy codziennie, o wszystkim. Tylko wtedy będziemy mogli powiedzieć, że znamy swoje dziecko. Tylko wtedy będziemy mogli dostrzec coś niepokojącego.

Narkomania to choroba braku. Ma swój początek w dzieciństwie i niekoniecznie dotyczy dzieci zaniedbanych. Przyczyną może być brak miłości i poczucia bezpieczeństwa. Ale może to być również – występujący w rodzinach nadopiekuńczych – brak wolności, możliwości samodzielnego decydowania o sobie. Dlatego problem eksperymentowania z narkotykami pojawia się zarówno w rodzinach biednych, jak i bogatych. Tam, gdzie brakuje miłości, jak i tam, gdzie jest jej pod dostatkiem.

Powiedziałam synowi o tym artykule. Nie mówiłam mu, co ma robić, a czego nie. Powiedziałam tylko, jakie uczucia wzbudziła we mnie cała ta sprawa.

Wspólne rozmowy o uczuciach swoich i uczuciach dzieci, o naszych emocjach, naszych przemyśleniach są znacznie cenniejsze, niż wydawanie nakazów i zakazów.

Po prostu bądźmy czujni.

Komentarze (11)

Mali sfrustrowani geniusze

maj 15, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rozwijanie umysłu

Ostatnio dzieci nie mają łatwego żywota… 😉 Już przedszkolaki wysyłane są na całą masę najprzeróżniejszych, dodatkowych zajęć. Angielski, niemiecki, pływanie, jazda konna, tenis i Bóg jeden wie, co jeszcze. Pamiętam jeszcze do dziś pewien artykuł w gazecie, opowiadający o prywatnych (oczywiście płatnych) przedszkolach warszawskich. Nie zdziwiło mnie rzecz jasna, że takie przedszkola istnieją, tylko to, że miejsca w nich są rezerwowane… na kilka lat wstecz. Czyli – mając rocznego bobasa w domu – rodzice (o pokaźniejszym portfelu) pędzą z dwuletnim wyprzedzeniem do eksluzywnego przedszkola, by zagwarantować tam dziecku miejsce.

Kolejny trend to rozpoczynać naukę dziecka jak najwcześniej. Najlepiej jakby umiało czytać i liczyć jeszcze zanim wyjdzie z kołyski. Rodzice wyszukują gorączkowo informacji na temat metod Glenna Domana, szukają kursów szybkiego czytania, powstaje wiele szkół, które mają rozwijać inteligencję i kreatywność małych dzieci.

Nie jestem przeciwna temu, by dbać o rozwój dzieci. Owszem, nawet uważam, że trzeba zapewniać im różnorodne stymulujące zajęcia. Tylko boję się, że to wszystko idzie trochę w złym kierunku. Tak jak dorośli mają swój „wyścig szczurów”, tak u dzieci zaczyna się coś w rodzaju „wyścigu szczurków”, napędzanego przez troskliwych(?) rodziców.

A przecież nie jest najważniejsze to, ile dodatkowych zajęć dziecko zalicza. Ani to, czy zaczyna naukę czytania w wieku lat trzech czy pięciu. Ważne jest to, czy dziecko ma rodziców, którzy znajdują dla niego czas, którzy zaspokajają jego ciekawość cierpliwie odpowiadając na jego pytania, uczą je przez wspólną zabawę i bawią się z nim przy wspólnej nauce. Ważne jest to, czy dziecko ma rodziców, którzy własną postawą i postępowaniem pokazują, jak czerpać radość z życia i z obcowania z innymi ludźmi, jak dostrzegać piękno otaczającego świata, jak cieszyć się ze zdobywania nowej wiedzy i rozwijania własnych pasji.

Jest jeszcze jeden problem, o którym niektórzy rodzice zapominają. Nasz system oświaty nie jest przystosowany do uczenia dzieci wybitnie zdolnych i ponadprzeciętnie inteligentnych. Jeśli będziemy w wieku przedszkolnym wtłaczać w dzieci wiedzę i trenować ich w przeróżnych umiejętnościach, zapominając o kształceniu w nich odpowiedniej postawy, o której pisałam wyżej i o rozwijaniu inteligencji emocjonalnej, możemy dziecko bardzo skrzywdzić. Dlaczego? Bo gdy mały geniusz trafi do „normalnej” szkoły, w której będą uczyły się „normalne” dzieci, nie poradzi sobie z nudą na lekcjach, brakiem wyzwań odpowiednich dla jego możliwości, nie poradzi sobie też z reakcjami rówieśników, którzy niespecjalnie lubią „kujonów” i bywają wobec nich dość okrutni. Stąd już krótka droga do sprawiania problemów wychowawczych. Rozrabiając, można przecież skutecznie zabić nudę i na dodatek przypodobać się kolegom…

Dlatego nie zapominajmy nigdy, że ten mały człowiek to przede wszystkim dziecko, które uczy się życia od podstaw. A życie to nie tylko znajomość języków obcych, tabliczka mnożenia i ilość przeczytanych słów na minutę…

Nauka życia to coś znacznie, znacznie więcej.

dziecko

Komentarze (6)

Ta leciwa blogowiczka to ja 😉 . Nie, żebym się czuła staro, ale niewiele znam kobiet – hm… a właściwie ludzi 😉 – w moim wieku, którzy – nie będąc informatykami z zawodu – samodzielnie tworzą stronę internetową. A dziś czuję się wyjątkowo zadowolona, bo udało mi się wprowadzić możliwość tworzenia i przełączania na angielskojęzyczną wersję wpisów. Powiem szczerze – trochę się przy tym napociłam, musiałam zmienić to i owo, ale udało się 🙂 . Po kliknięciu w mały znaczek flagi brytyjskiej, przełączysz się na drugą wersję językową. Możesz więc – przy okazji lektury o wychowywaniu dzieci – podszkolić swój angielski. A jeśli wpadłeś tu z innego zakątka globu, to przynajmniej będziesz rozumiał, o czym piszę. A ja odświeżę swoją znajomość angielskiego. Tak więc – saaame zalety 🙂 .

Niestety przez te wszystkie prace związane z wprowadzeniem wersji dwujęzycznej, nie zamieściłam w ostatnim tygodniu nic nowego ani na stronie, ani na blogu. Ale postaram się to szybko nadrobić. W przygotowaniu jest kolejna strona słowniczka dla dzieci (kategoria „Food”) oraz porcja ćwiczeń na dzielenie w zakresie od 0 do 25 (ćwiczenia do wydruku).

Jeśli czytając mojego bloga trafisz na jakieś błędy techniczne (nie działająca funkcja przełączania języka lub jakieś dziwne efekty na stronie), to będę wdzięczna za krótką notkę w komentarzu.

No i taka banalna myśl na koniec, która mi przychodzi w związku z całym tym zamieszaniem: jeśli jest coś, co próbujesz osiągnąć i ciągle napotykasz na trudności, nie poddawaj się. Wytrwałość zostaje zawsze wynagrodzona 🙂 .

Komentarze (4)

Dziękuję

maj 5, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Moje publikacje

Zajrzałam dziś na ranking najlepiej ocenionych ebooków w Złotych Myślach i okazało się, że dwa moje ebooki są w pierwszej dziesiątce (na 152 wydane pozycje). „ABC Mądrego Rodzica”, który napisałam już z rok temu, utrzymuje się cały czas na czołowych miejscach, ale gdy dziś zobaczyłam „Inteligencję Twojego dziecka” na 2. miejscu – powiem Ci szczerze: poczułam się szczęśliwa. Bardzo się cieszę, że to co piszę podoba się Wam i tak wysoko oceniacie moje prace. I mam nadzieję, że najbardziej skorzystają na tym Wasze dzieci. Bo wszystko, co piszę, piszę właśnie z myślą o nich.

Wszystkim tym, którzy wystawiali oceny moim ebookom – serdecznie dziękuję.

ebook ebook

Komentarze (3)

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tego tematu. Uznałam jednak, że jest on na tyle ważny i obszerny (nawet, gdy chce się powiedzieć rzeczy najważniejsze), że umieściłam go w dziale „Artykuły”. Jeśli u Ciebie w domu lub u kogoś z Twoich bliskich jest taki problem, zachęcam Cię, byś do tego artykułu zajrzał. Ujęłam tam w pigułce wszystko to, co wydaje się być najbardziej istotne.

Pamiętaj – nie ma sytuacji bez wyjścia. Możesz pomóc dziecku wyrosnąć na szczęśliwego człowieka bez względu na to, w jakiej sytuacji się teraz znajdujesz. Zacznij od przeczytania artykułu „Dzieci w rodzinie z problemem alkoholowym”.

Komentarze (4)

Choroba inna, niż wszystkie

maj 2, 2007 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Czy wiesz, że alkoholikiem może być człowiek, który nie pije od 20 lat? Albo ktoś, kto się upija tylko kilka razy do roku, a przez pozostałe dni wydaje się być przykładnym mężem/żoną? Alkoholizm to choroba, o której wiedza w społeczeństwie jest bardzo niska, dlatego jest tak trudna do wykrycia i wyleczenia. Prawdę mówiąc trudno tu nawet mówić o wyleczeniu, bo alkoholikiem się już jest przez całe życie. Ale można z tą chorobą normalnie żyć, jeśli osoba chora przyzna się sama przed sobą do swojego uzależnienia i będzie dalej postępować według określonych wskazówek.

Rodziny, które mają do czynienia z alkoholikiem i starają mu się pomóc wyjść z nałogu, a nie zdobyły wiedzy na temat tej choroby, najczęściej owszem, pomagają, tylko że nie osobie chorej, a chorobie – rozwinąć się do rozmiarów, które są już trudne do zniesienia. Dlatego w mojej ocenie, jest to jedna z najbardziej perfidnych chorób (o ile choroba może być perfidna ;-)). Po pierwsze dlatego, że sam alkoholik zaprzecza, że nim jest (a często i rodzina go broni, mówiąc, że „tylko” czasami się upija), a przyznasz, że trudno leczyć coś, jeśli się uważa, że tego nie ma. Po drugie, gdy rodzina w końcu zauważy, że picie JEST problemem, to – nie zdobywszy odpowiedniej wiedzy – robi wszystko, żeby sytuację pogorszyć. Nieświadomie i mając dobre intencje – ale to nie zmienia faktu, że pomagają chorobie się rozwinąć.

Jest to temat rzeka i nie sposób załatwić go jednym wpisem w blogu. Jeśli jednak choć raz przemknęła Ci przez głowę myśl, że małżonek czasami przesadza z piciem, to nawet jeśli według Twojej oceny to nie jest jeszcze nałóg, to poczytaj trochę na temat alkoholizmu. Pamiętaj, ze jednym z podstawowych objawów tej choroby jest to, że zarówno sam alkoholik, jak i jego najbliżsi ZAPRZECZAJĄ, jakoby istniał jakiś problem. I miej świadomość tego, że alkoholizm nie jest równoznaczny z noszeniem denaturatu w kieszeni, upijaniem się na umór i spaniem pod mostem w brudnych ciuchach i tygodniowym zaroście na twarzy. Alkoholikiem może równie dobrze być na przykład lekarz, który rano czysty i pachnący przychodzi do pracy i sprawia wrażenie wzorowego pracownika (a przynajmniej jest tak w początkowych stadiach choroby lub na etapie jej leczenia, kiedy chory utrzymuje abstynencję).

Gdzie zdobyć taką wiedzę? Po prostu poczytać. Osobiście polecam te książki:

Janet G. Woititz „Małżeństwo na lodzie”
Melody Beattie „Koniec współuzależnienia”

Możesz również przejść się do przychodni terapii uzależnień i tam porozmawiać z terapeutą. Gdy powiesz mu o swoich wątpliwościach, dowiesz się, czy problem już istnieje i jak postępować. Tam też nabędziesz bezpłatne broszurki, które dadzą Ci podstawową wiedzę na temat tej choroby. Jeśli natomiast nie masz już wątpliwości, bo picie małżonka rujnuje zdrowie psychiczne, emocjonalne i finansowe twojej rodziny, koniecznie (naprawdę – KONIECZNIE) poszukaj w swoim mieście grupy wsparcia AL-ANON. Informacje o tym, gdzie taka grupa działa, uzyskasz właśnie w przychodni uzależnień, albo dzwoniąc na numer telefonu zaufania AA – numer taki znajdziesz w książce telefonicznej.

Nie będę pisać, że w takiej rodzinie najbardziej cierpi dziecko, bo cierpią wszyscy i trudno jest oceniać, kto bardziej, a kto mniej. Tylko że dziecko jest właściwie bezbronne, nie może i nie potrafi zrobić nic, by sobie pomóc. A to, co się dzieje w rodzinie dotkniętej alkoholizmem, ma przecież przerażająco destrukcyjny wpływ na jego psychikę i życie emocjonalne. I rzutuje na jego całe przyszłe życie.

Ty natomiast możesz zrobić bardzo wiele. Możesz pomóc sobie i swojemu dziecku. Pośrednio także osobie chorej, jeśli… przestaniesz jej pomagać. Brzmi paradoksalnie? A mówiłam, że to perfidna choroba ;-). Żeby pomóc sobie i dziecku, przede wszystkim zdobądź wiedzę o tej chorobie. I postępuj według otrzymanych wskazówek, nawet jeśli wydadzą Ci się dziwne, bezsensowne lub nieadekwatne do Twojej sytuacji.

Następnym razem napiszę o tym, jak postępować z dzieckiem w przypadku, gdy Twój mąż czy Twoja żona pije. Co robić, by zminimalizować negatywny wpływ tej choroby na zdrowie psychiczne dziecka.

Teraz tylko podkreślę jeszcze raz: jeśli masz jakiekolwiek podejrzenia, że ktoś z Twoich bliskich ma problem z nadużywaniem alkoholu (Twój małżonek, rodzic, nastoletnie dziecko lub Ty sam) ZDOBĄDŹ WIEDZʘ o chorobie. To pomoże Ci uniknąć wielu błędów i uratować to, co jest jeszcze do uratowania.

Skąd to wiem? Bo sama przez to przeszłam. Życie jest najlepszym nauczycielem.

Komentarze (0)

Gdy chodziłam do liceum, był w klasie pewien chłopak, który nie miał w domu telewizora. Nie dlatego, że był zbyt biedny. Jego mama uczyła w tej samej szkole łaciny – była to kobieta bardzo inteligentna, o niezwykle szerokiej wiedzy i zainteresowaniach – typowa intelektualistka. Ona właśnie uznała, że telewizor to w domu zbyteczny eksponat.

Opowiadam Ci to jako pewną ciekawostkę, bo sama jestem daleka od tak skrajnych rozwiązań. Ale swoją drogą ciekawe, czy są jeszcze w Polsce rodziny, które – z własnego wyboru – nie posiadają odbiornika telewizyjnego? No, nie licząc oczywiście tych, którzy mają telewizję w komputerze :-).

Telewizja jest OK, pod warunkiem, że się wie, jak z niej korzystać. Niestety nasze dzieci jeszcze tego nie wiedzą (nic dziwnego – wielu dorosłych też nie wie ;-)).

Na NIEszczęście muszę sama przed sobą przyznać, że moja córka padła ofiarą telewizyjnego nałogu. Mimo nawet tego, że gdy jestem w domu, moje dzieci mają telewizję ściśle „reglamentowaną”, wydzielaną w odpowiednich porcjach. Problem leży w tym, że ja wychodzę rano do pracy przed siódmą, a moja córa idzie do szkoły dopiero ok. 10-tej. Ileż to czasu na oglądanie fascynujących kreskówek i romantycznych historii nastolatek na ZigZap-ie ;-). A po szkole, zanim mama wróci z pracy – znowu mały seansik w Cartoon Network…

Próbowałam zastosować pewną naiwną, rodzicielską metodę – zabroniłam jej rano włączania telewizora myśląc, że mam problem z głowy. A tu pewnego razu Ada spojrzała na mnie swoimi okrągłymi, smutnymi oczami (jak to tylko ona potrafi – straszna z niej manipulantka ;-)) i powiedziała:

– Mamo, muszę Ci się do czegoś przyznać. Zabroniłaś mi włączać rano telewizora, ale ja nie mogłam wytrzymać. MUSIAŁAM go włączyć! Po prostu nie mogłam wytrzymać! Przebaczysz mi?

Masz babo placek… Nie ukarałam jej, bo z reguły nie karzę dzieci, gdy mi się same do czegoś przyznają (pewnie dlatego właśnie się przyznają :-)), ale problem pozostał nadal problemem.

No to ładnie. Krok po kroku, moja córka stała się TV-maniakiem (lub TV-holikiem, jak kto woli). Nie będę się teraz rozpisywać na temat objawów tego uzależnienia, powiem tylko, że postanowiłam stanowczo coś z tym zrobić.

Pewnego dnia, wykorzystując fakt, że córka zapomniała odrobić zadanie domowe, powiedziałam zdecydowanie „Koniec telewizji”, wzięłam telewizor zgrabnym ruchem pod pachę i odłożyłam go wysoko na szafę. Pomyślisz pewnie – Ho, ho, mocarna ze mnie kobitka ;-). Ależ nie – po prostu mam mały telewizor :-), a nie zamierzałam nigdy inwestować w większy, bo i po co.

I tak to telewizor wylądował na szafie – ku wielkiej rozpaczy mojej córki i umiarkowanemu niezadowoleniu syna ;-).

Nie opowiadałabym Ci może całej tej historii, gdyby nie to, że następnego dnia rano córka zadzwoniła do mnie do pracy.

– Wiesz co mamo? Przeczytałam dzisiaj aż 14 stron Kubusia Puchatka!
– Naprawdę? To wspaniale. Bardzo się cieszę. Podobało ci się?
– Tak, zaraz Ci wszystko opowiem. A więc…
– Poczekaj Adusiu, teraz jestem w pracy, opowiesz mi w domu. Nie mogę te…
– Ale to będzie szybko!

I tu jednym tchem opowiedziała mi, jak to prosiaczek schował się w torbie u kangurzycy i co z tego wynikło.
Jeden wielki potok słów i ekscytacja w głosie. Już jej nie przerywałam. Pomyślałam sobie tylko – ten telewizor na szafie to był jednak bardzo dobry pomysł :-).

——
Zobacz także artykuł: Wpływ telewizji na rozwój dziecka

Komentarze (12)

Jest to metoda, która wzbudza ostatnio coraz większe zainteresowanie i jeśli masz dziecko w wieku żłobkowo-przedszkolnym (lub młodsze), warto się z tą metodą zapoznać i rozważyć jej zastosowanie u siebie w domu. Wg Glenna Domana – twórcy tej metody, dzieci w wieku 0 – 5 lat są dużo bardziej inteligentne i pojętne, niż wielu ludzi przypuszcza. Ponieważ maluchy wykazują niezwykłą ciekawość świata, są bardzo otwarte na wszelkie nowości, bardzo chłonne i gotowe poznawać wszystkie tajniki otaczającej je rzeczywistości, można tę naturalną ciekawość wykorzystać i właśnie w najwcześniejszych latach życia zacząć uczyć dziecko czytania.

Co ciekawe, teorię tę zaczęto opracowywać w oparciu o wyniki osiągane przez dzieci chore, z poważnymi uszkodzeniami mózgu. Okazało się, że mimo niepełnej funkcjonalności tego narządu, dziecko jest w stanie nauczyć się czytać w bardzo wczesnym wieku. Zaczęto prowadzić dokładniejsze badania i później ten sam zaskakujący rezultat uzyskano również w przypadku dzieci zdrowych.

W metodzie Domana wykorzystuje się wycięte z kartonu paski wielkości 10x60cm. Na kartkach wypisane są pojedyncze słowa – dużymi literami, wyraźnym czerwonym drukiem o wysokości 8 cm. Karty te są pokazywane dziecku kilka razy dziennie, na parę sekund każda. Doman opisał w swoich pracach dokładny scenariusz kolejnych etapów nauki – ile kart, jaka częstotliwość lekcji”, jaka częstotliwość wymiany kart na nowe itd.

Dziecko można uczyć w ten sposób nawet wtedy, gdy nie ukończyło jeszcze pierwszego roku życia. Oczywiście w tym przypadku nie można spodziewać się natychmiast spektakularnych rezultatów, ale w dłuższym okresie czasu okazuje się to bardzo korzystne dla przyszłych osiągnięć dziecka. Najbardziej optymalny wiek na rozpoczęcie nauki czytania to 3 lata.

Dzięki temu, że dziecko szybciej opanowuje tę umiejętność, wzrasta jego poziom inteligencji i wiedzy ogólnej a także zasięg przyszłych zainteresowań.

Najważniejsze w tej metodzie jest to, by zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica nauka czytania była dobrą zabawą, a nie uciążliwym obowiązkiem. Stąd tak ważne jest, by towarzyszył temu zawsze dobry humor i uśmiech. Jeśli dziecko lub rodzic ma zły dzień, jest rozdrażnione lub chore, lepiej tę naukę przełożyć na bardziej odpowiedni czas. Poza tym nie jest to nauka w rozumieniu szkolnym, gdzie dziecku prezentuje się jakiś wycinek wiedzy, a potem sprawdza się jego umiejętności i ocenia. Jest to tylko zabawa, w której dziecko obcuje ze słowem pisanym (zaczynając od całych słów, poprzez wyrażenia aż po krótkie zdania), ale nie stawia się mu w tym czasie żadnych wymagań ani nie oczekuje konkretnych wyników w konkretnym czasie.

Jeśli chcesz poznać dokładnej szczegóły tej metody, to zajrzyj tutaj. Jest to artykuł, który znalazłam w internecie i opisuje on tę metodę w sposób rzetelny, a jednocześnie zwarty i treściwy. Co do książek, to pracę z dzieckiem metodą Domana (zarówno w nauce czytania, jak i matematyki) opisuje Katarzyna Rojkowska w „Naucz małe dziecko myśleć i czuć”. Również na moim blogu był już częściowo poruszany ten temat w komentarzach do wpisu Dzieci i czytanie. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji się z nimi zapoznać, to zapraszam.

Jedno jest pewne – nauka czytania to niezwykle ważny element w edukacji dziecka i warto zrobić wszystko, by dziecko czytało swobodnie, sprawnie i by czytanie sprawiało mu dużą przyjemność.

Komentarze (12)