Dajmy prawo przeżywać po swojemu

Kwiecień 12, 2010 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Zajrzałam dziś na jeden z blogów i dyskusja, która się tam toczyła, bardzo mnie przygnębiła. Autorka bloga podzieliła się swoją refleksją, którą w skrócie można by ująć tymi słowy: powinniśmy działać dziś, bo jutro może nigdy nie nadejść. Kilka komentujących osób poczuło się bardzo urażonych, że ich wielki ból i smutek po tragedii narodowej został zbeszczeszczony tak PŁYTKĄ refleksją.

To zadziwiające, jak nie dajemy innym prawa do tego, by przeżywali rzeczy na swój własny sposób. Nie pozwalamy innym, by interpretowali wydarzenia poprzez pryzmat własnych poglądów i odczuć. Chcemy narzucić wszystkim sposób myślenia i odczuwania, by był taki, jak nasz. Odmawiamy prawa do przeżywania smutku po swojemu.

Jakże często przenosimy taki brak tolerancji także na grunt domowy. W jednej sytuacji mówimy – Nie płacz, bo nie wypada. W innej – Smuć się, bo tak trzeba. Traktujemy dziecko jak marionetkę, która ma przestrzegać jakichś reguł, które wydają nam się społecznie przyjęte.

Tymczasem jeśli chodzi o emocje, to jest tylko jedna obowiązująca reguła: Tak wyrażaj swoje emocje, by nie czynić krzywdy innym ludziom. I to niech będzie jedyne kryterium tego, czy i jak można uzewnętrzniać swoje uczucia.

Nauka radzenia sobie z emocjami to jedna z najważniejszych, ale i najtrudniejszych życiowych lekcji, jakie musimy udzielić dziecku. I jest to jedna z dziedzin, gdzie OGROMNĄ rolę odgrywa to, jak my sami, jako rodzice, z tymi emocjami sobie radzimy. Dziecko będzie Ciebie uważnie obserwować, by potem postępować tak samo jak Ty.

Smutek i rozpacz należą do tych emocji, z którymi radzimy sobie najgorzej. Tym bardziej powinniśmy pokazać synowi czy córce, jak takie stany godnie przeżyć. I to nie tylko chodzi o tak ekstremalne sytuacje, z jaką spotkaliśmy się teraz, ale także o zwykłe życiowe sprawy, które wprawiają nas w uczucie przygnębienia. Trzeba być przygotowanym na różne wydarzenia i wiedzieć, jak radzić sobie z kłębiącymi się w nas emocjami, by nas nie zniszczyły.

Mówmy otwarcie o tym, co czujemy. To prawda, że emocje kryją się głęboko w nas, ale tylko wtedy, gdy je „wyciągniemy” na światło dzienne, będziemy w stanie się z nimi uporać. Mówiąc dziecku otwarcie o swoich emocjach, dajesz mu sygnał, że przeżywanie smutku czy złości to nie jest nic złego i że możemy, a nawet powinniśmy te uczucia otwarcie wyrażać. Jeśli jest ci smutno i dziecko spyta „Co się stało mamusiu”, nie zbywaj go odpowiedzią „Nic, syneczku.” albo „Jesteś za mały, żeby to zrozumieć”. Odpowiedz konkretnie: „Jest mi smutno, bo…” lub „Bardzo mnie przygnębiło to, że …” Jeśli chce Ci się płakać, nie chowaj się w łazience, by dziecko nie mogło cię widzieć. Każdy – czy to dziewczynka, czy kobieta, czy mały chłopiec czy duży mężczyzna, ma prawo do łeż. Łzy zresztą pomagają uwolnić się od niszczących nas emocji. Stanowią pewnego rodzaju oczyszczenie.

Czy akceptujesz to, w jaki sposób inni przeżywają różne wydarzenia? Szczególne w relacji rodzic – dziecko ma to niesłychane znaczenie. Zaakceptuj uczucia dziecka takie, jakie one są. Bywa że dziecko się złości, a Ty uważasz, że nie ma ku temu powodu. Bywa że się NIE smuci, a Ty uważasz, że tak poważna sytuacja powinna wywołać w nim smutek. Bywa, że jest rozżalone, a Ty uważasz, że robi z igły widły. Bywa że ono płacze, a Ty uważasz, że nie powinno. Bywa że NIE płacze, a Ty uważasz, że powinno… STOP! Tak nie można.

Dziecko, podobnie jak każdy inny człowiek, ma prawo przeżywać różne sytuacje i zdarzenia na swój własny sposób.

Tragedii pod Smoleńskiem nie jest w stanie pojąć żadne dziecko, choćby nie wiem, jak było mądre i inteligentne. Zbyt dużo się tu nakłada kontekstów polityczno-historycznych i różnych innych aspektów, których dziecko po prostu jeszcze nie zna. Ono ma prawo tego wszystkiego nie rozumieć i nie musi przeżywać tego wszystkiego tak jak Ty. Jednak nie ukrywaj przed nim łez, jeśli cisną Ci się do oczu i nie zbywaj go niczym, gdy Cie zapyta, co się stało. Po prostu z nim porozmawiaj i wyjaśnij w kilku zdaniach, co jest powodem smutku Twojego i tak wielu innych ludzi.

To i inne doświadczenia złożą się na poziom wrażliwości Twojego dziecka w przyszłości oraz na umiejętność życia w zgodzie z samym sobą – bez zakłamania i bez duszenia w sobie przykrych uczuć.

Dajmy prawo sobie i innym do przeżywania wydarzeń na swój własny sposób. Pozwólmy sobie na szczerość i autentyczność w tym, co przeżywamy. Niech nasze dziecko czerpie dobre wzorce na przyszłość.

To taka moja własna refleksja po tym wszystkim i jeśli komuś wyda się zbyt płytka, to proszę jedynie o uszanowanie mojego prawa do wyrażenia tego, o czym w tej chwili myślę i co czuję.

Komentarze (3)

Szkoła to wylęgarnia frustratów

Marzec 17, 2010 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Być może nie każda szkoła. Nie wiem. Ale te, które obserwuję, to wylęgarnie frustratów.

Jakie jest zadanie szkoły? Przekazać wiedzę. Ale chyba także przygotować w pewien sposób do życia. Do podejmowania różnych wyzwań, do radzenia sobie z niepowodzeniami, do tego by osiągać w życiu sukcesy. Bo każdy człowiek ma w sobie wystarczający potencjał i zasługuje na to, by osiągać sukcesy.

Jednak żeby nauczyć dziecko zaradności życiowej, nauczyciel (w szerokim pojęciu – czy to będzie szkolny nauczyciel, czy rodzic, czy dziadek, który prowadzi z dzieckiem dyskusje o życiu) – nauczyciel powinien sam być człowiekiem sukcesu. Kucharz nie nauczy ucznia szycia, jeśli sam nie ma o nim zielonego pojęcia. Motorniczy nie nauczy ucznia latania samolotem, jeśli sam nigdy tego nie robił. Nauczyciel szkolny nie nauczy dziecka tego, jak osiągać sukcesy, jeśli sam jest człowiekiem sfrustrowanym i niezadowolonym z życia. A niestety większość nauczycieli JEST NIEZADOWOLONYCH Z ŻYCIA. Jeśli Ty jesteś nauczycielem i jesteś pełen pasji, entuzjazmu i kochasz to, co robisz, to przepraszam. Jesteś tym wspaniałym wyjątkiem, którego entuzjazm i tak zostanie z czasem przygaszony przez SZKOŁĘ jako SYSTEM. Bo w systemie, żeby dobrze funkcjonował, wszystkie części mechanizmu muszą kręcić się zgodnie, według tego samego rytmu. Jeśli jedna część odstaje, to trzeba ją dostosować do reszty systemu.

Przykład 1 – Matematyka.
Pani Iksińska trafiła jako nauczyciel do szkoły o tak zwanym wyższym poziomie wymagań. W szkole tej są uczniowie wyselekcjonowani, którzy musieli przejść przez test kwalifikacyjny sprawdzający ich predyspozycje. Owa Pani chce sobie wyrobić autorytet. Jak to robi? Narzuca swój sposób rozwiązania każdego zadania. Inne sposoby NIE ISTNIEJĄ. A jak istnieją… to i tak nie istnieją 😉 Uczeń nie ma żadnej możliwości sam dojść do tego, jaką metodą można zadanie rozwiązać. Po co ma dochodzić, skoro istnieje jedna, jedynie słuszna metoda? Jeśli zastosuje inną, otrzymuje jedynkę, bo Pani nie ma na tyle dobrej woli (a myślę, że także i wystarczającej kompetencji), żeby prześledzić tok rozumowania ucznia.

Czy Ty możesz sobie wyobrazić, jakie to ma konsekwencje? Szczególnie dla tych zdolnych uczniów, którzy mieli – przychodząc do tej szkoły – olbrzymi potencjał? Zero myślenia, zero kreatywności, zero rozwoju. A przecież to właśnie w szkole powinniśmy mieć SZANSĘ ROZWOJU?

Nauka życiowa z takich lekcji dla ucznia:
1. Każdy problem ma tylko jedno prawidłowe rozwiązanie.
2. Szukanie innych rozwiązań jest karane czy – w najlepszym przypadku – nieopłacalne.
3. Rozwiązania niestandardowe są złe.
4. Nie ma sensu myśleć, bo i po co?

Przykład 2 – Fizyka
Uczeń przygotowuje się do sprawdzianu. Ponieważ nie do końca rozumie jakieś zagadnienie, na sprawdzianie jego rozumowanie poszło złym tokiem i dostaje jedynkę. Nie jest zadowolony z tej jedynki. Chce wziąć sprawy w swoje ręce i coś z tym zrobić. Prosi kolegów, by mu wytłumaczyli temat i rozumie już gdzie leżał błąd w jego pojmowaniu. Chce poprawić ocenę i idzie do nauczyciela z pytaniem, co może zrobić, by otrzymać szansę na poprawę oceny. Jesteś ciekaw, co odpowiedział nauczyciel? „Dla śmierdzących leni nie mam sposobów na poprawę oceny”. Brzmi niewiarygodnie? A jednak jest to cytat prawdziwy.

No dobrze. Jaką naukę życiową wyciąga uczeń z tej lekcji?
1. nie warto podejmować inicjatywy.
2. nie warto podejmować prób naprawiania swoich błędów.
3. nie warto wychodzić do innych ludzi z prośbą, czy propozycją, bo spotkam się z odrzuceniem.
4. nie warto podejmować żadnego wysiłku, bo przecież jestem śmierdzącym leniem.

Jakże łatwo jest postawić uczniowi jedynkę. Jakże łatwo jest mu powiedzieć, że do niczego się nie nadaje. To przecież nic nie kosztuje.

O wiele trudniej jest zachęcić ucznia do myślenia, bo a nuż okaże się, że w pewnych sprawach jest mądrzejszy lub bardziej błyskotliwy ode mnie? A nuż wyjdą jakieś moje braki?

Zdemotywować ucznia jest bardzo łatwo. Wystarczy powiedzieć parę krzywdzących słów. Jeśli uczeń nie ma oparcia w rodzinie (co się niestety często zdarza), to zostaje skrzywienie na całe życie. Rośnie kolejny frustrat.

Żeby ZMOTYWOWAĆ ucznia do myślenia, działania i rozwoju, potrzeba czegoś znacznie więcej, niż studiów magisterskich z danego przedmiotu. Potrzebna jest elementarna wiedza z zakresu inteligencji emocjonalnej i psychologii osiągnięć. Nauczyciel, który ma tę wiedzę, zdaje sobie sprawę, że marchewka jest lepsza niż kij, czyli nagroda jest skuteczniejsza od kary. Jeśli zadasz sobie choć odrobinę trudu, by poznać ucznia, to nawet wtedy, gdy on nie przepada za Twoim przedmiotem, możesz mu dać takie wyzwania, które go uskrzydlą. Dadzą mu poczucie tego, że może dać z siebie coś wartościowego. Wystarczy, że wykorzystasz do tego jego pasje, zainteresowania i umiejętności. Wszystko da się połączyć.

Jeśli postawisz uczniowi jedynkę i powiesz z życzliwością w głosie: „Teraz nie poszło ci najlepiej, ale wierzę w ciebie. Jestem pewien, że dasz sobie radę i wkrótce to poprawisz.” – jak myślisz, jaki będzie efekt? A jeśli temu samemu uczniowi powiesz ironicznie – „Znowu jedynka, ale czegóż innego mogłem się po tobie spodziewać…” – jakie to przyniesie rezultaty?

Nauczyciel to też człowiek. To prawda. Może mieć swoje gorsze dni, zły humor, tragedie rodzinne, problemy zdrowotne i wszelkie inne ludzkie przypadłości. Jednak wszyscy mamy takie problemy. Gdy do biura wpadnie Pan Igrekowski, którego roznosi złość i frustracja spowodowane problemami w domu, ktoś mu po prostu powie –„Weź się w garść, chłopie” albo „Wyluzuj i przestań się wyładowywać na niewinnych ludziach”. Dorosły dorosłemu powie, co o nim myśli i da mu mniej lub bardziej delikatnie znać, by coś ze sobą zrobił. A nauczyciel w szkole? Może wyładowywać swoje frustracje bezkarnie, bo nikt z uczniów nie odważy się powiedzieć „Wyluzuj kobieto. To nie jest moja wina, że masz problemy osobiste”. Najgorsze jest to, że jakby tak powiedział, to miałby rację. Bo każdy dorosły człowiek powinien nauczyć się dojrzałego i odpowiedzialnego radzenia sobie z własnymi problemami. Ale do tego znowu jest potrzebna inteligencja emocjonalna. Może zamiast inwestować w komputery, które i tak nie są w szkole wykorzystywane, zainwestować w szkolenia z inteligencji emocjonalnej dla nauczycieli?

Podałam wyżej tylko kilka przykładów niekompetencji nauczycieli. Jest ich znacznie więcej i prawdę mówiąc można by było na ten temat napisać książkę. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy nauczyciele są źli. Nie chcę też, żeby to zostało odebrane jako atak. Z SuperKid także współpracują nauczyciele i są to wspaniali ludzie, którzy z pasją wnoszą swój wkład w ten serwis. Również wśród użytkowników jest sporo nauczycieli i wierzę, że wielu z nich to także wspaniali ludzie.

Ten wpis to po prostu mój krzyk bezsilności na to, co obserwuję wokół siebie.

To NIE ocena w szkole jest najważniejsza. To nawet NIE to jest najważniejsze, jakie szkoły uczeń ukończy i z jakimi wynikami. Ważne jest to, jak będzie przygotowany do życia.

Zupełnie niedawno miałam okazję rozmawiać z pewnym ojcem, który został zwolniony z pracy (z przyczyn ekonomicznych) i bezskutecznie próbował znaleźć zatrudnienie gdzie indziej. Miał za sobą wiele rozmów kwalifikacyjnych, ale żadnych efektów. Czas mijał, a on był ciągle bez pracy. Był bardzo rozżalony – jak to możliwe, że on, z wyższym wykształceniem, nie może znaleźć pracy?! Słuchając tego człowieka, wiedziałam już na pewno, że z takim nastawieniem, czyli przywiązywaniem nadmiernej wagi do wartości studiów, człowiek ten nie osiągnie sukcesu życiowego. A możliwość dłuższej rozmowy z nim i zaobserwowania jego zachowań na zebraniu z rodzicami dały mi odpowiedź, dlaczego on nie może znaleźć pracy. Sama nigdy nie chciałabym mieć w zespole człowieka o podobnym nastawieniu do życia i ludzi i na pewno bym kogoś takiego nie zatrudniła. Dla mnie to był przykład typowego frustrata, o którym piszę w tytule tej notki.

Ten sam ojciec skarżył się, że nie ma kontaktu ze swoim nastoletnim synem. To taki częsty problem, prawda? Problemy z nastolatkami… A wiesz, jaki jest jedyny temat rozmów tego ojca z synem? OCENY. Ten sam człowiek, który widzi, że szkolna edukacja nie daje gwarancji otrzymania zatrudnienia, interesuje się tylko tym, dlaczego syn ma takie słabe oceny. Jak może mieć z tym synem kontakt, skoro NIC O NIM NIE WIE???

Nie wspieraj szkoły w hodowaniu frustratów. Daj swojemu dziecku wzór do naśladowania. Rozwijaj się i bądź z dnia na dzień coraz lepszym człowiekiem. Bądź dla dziecka prawdziwym przyjacielem, z którym może rozmawiać o wszystkim. Bądź dla dziecka nauczycielem, który je wspiera, dodaje wiary w siebie i buduje jego poczucie własnej wartości. Nauczycielem, który je zachęca i pozytywnie motywuje.

Mamy już w społeczeństwie wystarczająco dużo smutnych, niezadowolonych, sfrustrowanych ludzi, którzy żyją z dnia na dzień i są zmęczeni codziennością. Więcej frustratów nam nie trzeba.

Komentarze (18)

SuperKid.pl wyróżniony!

Luty 8, 2010 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Nasz serwis doczekał się wyróżnienia na łamach Komputer Świata – bardzo nas to cieszy 🙂 Co prawda najbardziej wartościowe są dla nas opinie naszych użytkowników, bo oni są dla nas najważniejsi, ale pozytywne oceny postronnych obserwatorów są również mile widziane ;).

W numerze 3/2010 zostaliśmy wyróżnieni w dziale Najlepsze adresy WWW w kategorii Edukacja – dziękujemy dziennikarzom Komputer Świata!

SuperKid – Najlepsze adresy WWW wg magazynu Komputer Świat.

Komentarze (2)

Daj sobie spokój z męczennictwem

Styczeń 7, 2010 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Ależ się w tym nowym roku rozpisałam – to już trzeci wpis w tym tygodniu, czyli wynik dość rekordowy 😉 Ale przeczytałam pewien artykuł i po prostu nie wytrzymałam – muszę się wypowiedzieć. Chodzi o zamieszczony na Interii reportaż „Szczyt marzeń”, opowiadający o tym, jak to grupa kobiet (w większości kobiety po przejściach albo na tzw. „zakręcie życiowym”) postanowiły wejść na Kilimandżaro po to, by udowodnić sobie (i pewnie innym), że jeszcze coś znaczą i potrafią. Wyprawa jest bardzo ciekawie opisana, fajnie się to czyta, więc zachęcam do lektury. Ale – do czego zmierzam.

Sam pomysł wyprawy uważam za świetny – przede wszystkim dlatego, że sama kocham góry i uwielbiam podejmować takie wyzwania. Wiele z tych kobiet miało za sobą naprawdę nieciekawą historię rodzinną albo po prostu miało dosyć siedzenia w domu i „matkowania”. Dobrze, że znalazły pewną odskocznię, która być może poprowadzi je, w dalszym życiu, na zupełnie nowe tory. Czasem trzeba zrobić coś szalonego, żeby wrócić do normalności. Mam tylko jedno pytanie: po co czekać na taki moment w swoim życiu, kiedy człowiek jest już tak bardzo zdesperowany i sfrustrowany, że ostatnią deską ratunku staje się wejście na Kilimandżaro?

Jest wiele kobiet, które poświęcają się dla swoich bliskich – dla męża, dzieci, rodziców. Wszystko to jest OK i ma sens, jeśli czujesz, że to jest właśnie Twoje powołanie, że to Ci sprawia radość i satysfakcję i pozwala Ci się w życiu realizować. Jeśli zrezygnowałaś z siebie dla innych i czujesz się z tym w pełni szczęśliwa i spełniona – wszystko jest w porządku.

Niestety w rzeczywistości wiele kobiet to męczennice na własne życzenie. Całkowicie rezygnują z własnych zainteresowań, pragnień i marzeń dla rodziny, potem przez wiele lat gromadzi się w nich – niczym trujący jad – żal i rozczarowanie: bo rzuciły studia, bo rzuciły pracę, bo zrezygnowały z jakiegoś wyjazdu czy stypendium, a bliscy jej nie doceniają i nie okazują wdzięczności. Potem taka sfrustrowana mama wykrzykuje swój żal w trakcie awantury domowej: Co za niewdzięczność! Ja się tak poświęcam, a Ty mi się tak odpłacasz…

Piszę o kobietach, bo to one mają tendencję do męczennictwa. Niektóre wręcz się w nim lubują (nieświadomie oczywiście). To wynika chyba trochę z naszej kobiecej natury i wrodzonego instynktu macierzyńskiego. Ale warto czasem zatrzymać się w życiu na chwilę i zastanowić się – czy to, co robię, sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem? Czy mam poczucie spełnienia? A może skrywam gdzieś w sobie jakiś utajony żal?

Radziłabym przyjrzeć się swoim dialogom wewnętrznym – one wiele zdradzą. Jeśli choć raz w swoich myślach użyłaś słowa „poświęcam się” czy „moje poświęcenie”, to powinna Ci się zapalić lampka ostrzegawcza. A jeśli choć raz pomyślałaś o tym, że Twoje dzieci w ramach wdzięczności są Ci coś winne, to już nie jest lampka ostrzegawcza, ale potężna syrena alarmowa 😉

Jedno jest pewne – matka, która nie czuje się spełnionym, szczęśliwym człowiekiem, NIE będzie dobrą matką. Koniec kropka. Męczennica, która ma poczucie, że poświęca się dla swojego dziecka, oddając jemu cały swój czas i zaangażowanie, ROBI DZIECKU KRZYWDĘ. Chcesz mieć szczęśliwe dziecko? Sama bądź szczęśliwa. Szczęście jest zaraźliwe, szczególnie w rodzinie. A szczęście wynika z realizacji własnego życiowego powołania. Każdy człowiek ma takie powołanie, tylko nie każdy umie je w sobie odkryć.

Jeśli czujesz, że Twoim powołaniem jest całkowite oddanie siebie rodzinie i widzisz w tym prawdziwy sens swojego życia – to super. Jeśli jednak Ci czegoś brakuje, chciałabyś się także sprawdzić w czymś innym, również inaczej się realizować, to wszystko można, a nawet trzeba pogodzić. Wychowanie dzieci to pewien obowiązek wynikający nie tylko z regulacji prawnych, ale także z poczucia odpowiedzialności, które każdy rodzic powinien w sobie mieć. A szczęście to coś więcej, niż wzorowe wypełnianie obowiązków. To możliwość realizacji siebie, swoich celów i pragnień.

Zadbaj o własne szczęście, bo szczęśliwa matka to najlepsze, co może się dziecku przytrafić.

I nie czekaj z tym do chwili, kiedy będziesz miała wszystkiego dosyć i  postanowisz rzucić wszystko w diabły, by ruszyć na zdobywanie pięciotysięcznika. By udowodnić sobie i innym, że jeszcze coś jesteś warta. Zadbaj o swoje szczęście TERAZ.

A propos – może warto coś niecoś poprawić lub dopisać w swoich postanowieniach noworocznych? Najlepiej sprawdź to od razu ;))

Komentarze (5)

Nazwisko dziecka – apel internauty

Listopad 9, 2009 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Zazwyczaj na blogu piszę o własnych przemyśleniach, ale tym razem zrobię wyjątek, na prośbę jednego z ojców. Sprawa nie dotyczy co prawda wychowania i edukacji dziecka tylko paradoksów polskiego prawa rodzinnego, ale ponieważ w moim życiu paradoksy te również dały mi się porządnie we znaki, utrudniając wiele prostych wydawałoby się spraw, więc jestem na nie bardzo wyczulona.

Zamieszczam w całości maila tegoż ojca – jeśli Ty masz podobny do niego problem, skontaktuj się z nim. Jak to się mówi – w jedności siła, razem można rozwiązać niektóre problemy efektywniej i szybciej.

……………………………………………….

Temat wiadomości: Konieczna nowelizacja Kodeksu Rodzinnego

Proszę o pomoc internautów. Chcę skupić wszystkich ludzi, którzy MIELI, MAJĄ ALBO BĘDĄ MIEĆ (i o tym nie wiedzą) problem podobny do mojego. Celem jest nowelizacja fragmentu Kodeksu Rodzinnego regulującego sprawę ojcostwa.

Sytuacja: para nie ma ślubu. Rodzi im się dziecko. Ona jest po rozwodzie, ale od jego uprawomocnienia nie mija 300 dni. Kodeks w takiej sytuacji przewiduje, ze dziecko dostaje obligatoryjnie nazwisko byłego męża! Zmienia to tylko skierowanie sprawy do sądu i jego wyrok. Czyli przepis, który ma chronić prawo Kobiety, Matki a także Ojca – obraca się przeciwko prawowitym rodzicom, którzy tylko tyle są „winni”, że nie wzięli formalnego ślubu a od rozwodu nie upłynęło tajemnicze 300 dni.

Przecież, jeżeli dwoje dorosłych obywateli przychodzi do USC i oświadcza, że są rodzicami dziecka powinno być to przyjęte, a ewentualnie BYŁY maż powinien mieć drogę sądową przed sobą, gdyby rościł jakieś pretensje. Według urzędnika USC w mieście 100 tysięcznym takie kłopoty ma kilkadziesiąt par rocznie. Czyli w Polsce jest tysiące.

Nikt nie lubi chodzić po sądach. W opisywanym przypadku jednak nie chodzi tylko o dyskomfort, ale to, że pozywa się nie „zwykłego” byłego męża, ale psychopatę, który 3 tygodnie temu mówił przez telefon swojej 13 letniej córce, że zostanie sama, bo on zabije matkę i jej konkubenta!

Ta sprawa nie polega tylko na dyskomforcie i upokorzeniu, że owoc miłości otrzymuje znienawidzone nazwisko. Ma również wymiar finansowy zagrażający nowej rodzinie. Bez dokumentów ojca nie załatwi się np. becikowego a dla niezamożnych rodzin to jedyna możliwość kupienia wyprawki dla malucha. Dokumenty prawowitego ojca bez wyroku sadu są nieważne, a do byłego męża wspomniana kobieta nie zwróci się, choćby umierała z głodu.

Czy to jest normalna sytuacja?

Dla załatwienia tej sprawy proszę o wpisy na blogach. Uruchomiłem ich kilka, żeby szybciej dotrzeć do wszystkich zainteresowanych. Mam zamiar sprawą zainteresować media. Zwrócę się też do posłów, – bo od ich inicjatywy zależy ostateczne załatwienie sprawy. Mam nadzieję również na zainteresowanie i pomoc licznych organizacji – nazwijmy ich prorodzinnych.

Prawo przecież jest dla ludzi a sprawa, która dotyka tysięcy ludzi powinna być jak najszybciej załatwiona.

artur.kubanik@gmail.com

Blogi:

http://nazwisko-dziecka.blogspot.com/

http://realveto.wordpress.com/

http://realveto.netblog.pl/

Komentarze (0)

Nauka w przedszkolu jest nielegalna?

Październik 11, 2009 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Przeczytałam właśnie artykuł w „Gazecie Prawnej” o tym, jak odbywa się nauka 6-latków w przedszkolach i WŁOS MI SIĘ NA GŁOWIE JEŻY…

„W jednym z przedszkoli w powiecie wołomińskim odbywają się tajne zajęcia z czytania i pisania dla sześciolatków. Tajne, bo zgodnie z nową podstawą programową dla wychowania przedszkolnego w zerówkach wszystkie dzieci nie mogą uczyć się czytać i pisać.”

„Z sondy przeprowadzonej przez nas w przedszkolach w całej Polsce wynika, że rodzice często proszą albo o prowadzenie tajnych, nielegalnych zajęć dla całej grupy sześciolatków, albo o indywidualną naukę ich dziecka, która jest dozwolona. Część przedszkoli nie zgadza się na to z obawy o złamanie przepisów. Zdecydowana większość nie zgadza się na wprowadzenie podręczników. Są jednak i takie przedszkola, w których tajne komplety są już prowadzone.”

Komentarze tu są raczej zbędne, zresztą ciekawe wypowiedzi rodziców i nauczycieli pojawiły się pod tym artykułem:
Nielegalne zajęcia w przedszkolach

Naprawdę bardzo współczuję wszystkim rodzicom przedszkolaków, wychowawcom przedszkolnym, a przede wszystkim samym dzieciom, które w tym bałaganie ucierpią jak zwykle najbardziej. Nie rozumiem, jak można hamować naturalną ciekawość dziecka i chęć uczenia się nowych rzeczy. Nie rozumiem, jak można dziecku, które rok wcześniej zaczęło się uczyć literek, powiedzieć – teraz przez rok niczego nowego nie będziesz się uczyć, bo nie wolno. To jakaś paranoja 🙁

Niejednokrotnie podkreślałam na swoim blogu, że trzymam się z daleka od polityki. Teraz też dodam, że mnie akurat (na szczęście) nie interesują żadne „podstawy programowe”. Interesuje mnie tylko i wyłącznie dobro dziecka. Serwis SuperKid jest serwisem niezależnym, nie ograniczonym przez żadne zewnętrzne ustawy i rozporządzenia. Będziemy tu zamieszczać cały czas bardzo różnorodne materiały edukacyjne, zarówno dla tych najmłodszych dzieciaczków, jak i nieco starszych, które rozpoczynają czy kontynuują naukę w szkole. Myślę, że to jest siłą tego serwisu, że tworząc ćwiczenia dla dzieci, nie czytamy podstaw programowych, tylko używamy własnego mózgu i przede wszystkim serca. No i odrobinę zdrowego rozsądku, rzecz jasna 😉

Pierwsze 6-8 lat życia dziecka to najważniejszy wiek – właśnie w tym okresie potrzebuje największego wsparcia dla swojego rozwoju. Nawet jeśli dziecko jest mniej zdolne i wolniej się uczy, to ono NIE potrzebuje uwsteczniania ani hamowania naturalnych procesów przyswajania wiedzy. Potrzebuje tylko tego, by dorosły był wobec niego serdeczny i cierpliwy, by skupiał się NIE na wynikach jego nauki, ale na zapewnieniu mu dobrych, wartościowych zabaw, które dostarczą dziecku wiedzy o świecie.

Ministerstwo niech się lepiej skoncentruje na opracowaniu i proponowaniu właściwych METOD nauki dziecka, a nie na narzucaniu z góry, czego wolno uczyć, a czego nie. No i jeszcze mogłoby pogłówkować nad tym, jak zapewnić przedszkolom bogate zaplecze materiałów dydaktycznych, których zawsze brakuje.

Tyle na ten temat.

Nauka dzieci

Komentarze (4)

Czy chodzi naprawdę o wynik?

Wrzesień 13, 2009 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

Był sobie pewien żółwik, któremu marzyła się wygrana w maratonie. Ponieważ żółwik był bardzo konkretny, zabrał się od razu do treningu, przemierzając w pocie czoła, dzień po dniu, duże odległości. Ćwiczył wytrwale mimo tego, że wszyscy wokół starali mu się udowodnić, że nie ma szans, bo przecież jest tylko żółwiem 😉 On się jednak nie zrażał – ćwiczył i ćwiczył. Wreszcie nadszedł dzień wyścigu. Żółw z dumą stanął do walki i… przegrał. Przybiegł na metę ostatni.

Wyobraź sobie teraz, że jesteś mamą lub tatą tego żółwia. Żółwik wraca do domu i mówi ze smutkiem o swojej przegranej. Co ty na to?

– Znowu przegrałeś! (wyrażasz swoją dezaprobatę)
– Dlaczego inni mogli przybiec szybciej, a ty nie??? (porównujesz go z innymi)
– Widocznie za mało się starałeś… (oceniasz go po wyniku)
– Nie płacz, następnym razem pójdzie Ci lepiej. (ocierasz łzy na pocieszenie)
– Tyle razy Ci mówiłem, że stać cię na więcej… (nieudolnie próbujesz rozbudzić jego ambicje)
– No cóż, jesteś tylko żółwiem… (szukasz usprawiedliwienia dla jego niepowodzeń).

Mniej więcej tak samo wiele rodziców reaguje, gdy dziecko przynosi ze szkoły ocenę niższą od spodziewanej. Już nawet nie mówię wprost o jedynce, bo jeśli tata lub mama oczekuje piątek i szóstek, to podobnie zareaguje, jeśli córka czy syn dostanie „tylko” trójkę.

Rodzice przywiązują niesłychaną wagę do wyniku, czyli oceny. Tymczasem czym jest ocena? Bardzo niedoskonałą formą podsumowania umiejętności ucznia. Nie tylko niedoskonałą, ale często nieobiektywną, a bywa, że po prostu niesprawiedliwą. Dopóki nikt nie wymyśli lepszego systemu ewaluacji postępów ucznia, dopóty jesteśmy zdani na oceny.

Wracając do naszego żółwika – co byś powiedział na to, by zadać takie pytania:

– A kto biegł z tobą w wyścigu?
– Czy udało Ci się ukończyć wyścig?
– W jakim czasie przebiegłeś do mety?
– Jak przygotowywałeś się do tego wyścigu?

I okazuje się, że żółw konkurował z gepardem i innymi gatunkami zwierząt, które błyskawicznie pokonują duże odległości, że mimo zmęczenia i poczucia klęski nie porzucił wyścigu, tylko wytrwale dobiegł do samej mety, że już w czasie treningu pobił żółwi rekord szybkości… Czy w obliczu tych faktów ten pierwszy zestaw reakcji, które podałam, ma jakiś sens?

Jeśli dziecko przyniesie słabszą ocenę, nie reagujmy mechanicznie na cyfrę, którą usłyszymy. Piątka? To dobrze. Jedynka? To źle. Dowiedzmy się czegoś więcej. Czy trzeba zawsze chwalić za piątkę? Niekoniecznie. Chwalmy wtedy, gdy otrzymanie jej wymagało od dziecka jakiegoś wysiłku. Jeśli damy dziecku kwiat doniczkowy, by zaniosło do szkoły w celu upiększenia klasowego parapetu i pani z przyrody postawi za to piątkę, to naprawdę nie jest to żaden powód do pochwał 😉

A czy jedynka zawsze powinna się wiązać z dezaprobatą czy naganą? Wcale nie! Jeśli można otrzymać za test 30 punktów i za pierwszym razem dziecko dostanie jedynkę, bo otrzyma 2 punkty na 30, a po raz drugi też dostanie jedynkę, bo uzyska wynik 15 na 30, to zamiast łajać za jedynkę, lepiej pochwalić je za postęp i pomóc w przygotowaniu się do następnego testu, by przełamać tę magiczną barierę między oceną niedostateczną a dostateczną.

Tak naprawdę nie liczy się wynik, ale to, ile wysiłku i serca dziecko włożyło w jego osiągnięcie oraz to, czy zrobiło jakiś widoczny postęp. Jeśli dziecko, otrzymawszy jedynkę, usłyszy, że cieszysz się, że napisało test dużo lepiej niż ostatnio, to zyska olbrzymią motywację, by następnym razem postarać się jeszcze bardziej.

A co się stało z naszym żółwikiem, który tak sromotnie przegrał z gepardem? Dowiesz się o tym z naszego wierszyka „Żółwik maratończyk„, z którego zaczerpnęłam tę historię 😉

Komentarze (5)

Czy jesteś dojrzałym rodzicem?

Wrzesień 6, 2009 | Opublikowany przez Jolanta Gajda w Rodzice i dziecko

To jest trudne pytanie i chyba nikt nie jest w stanie jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Wiele jest kryteriów dojrzałości i nie ma człowieka, który spełniałby je wszystkie. Wiele rodziców bardzo się stara i to jest optymistyczne.

Ja jednak chciałabym odnieść się tylko do jednego aspektu dojrzałości. Skłoniło mnie do tego nasze najnowsze opowiadanie („Chamstwo”) w Słowniczku emocji i postaw. Samo hasło „chamstwo” jest dość kontrowersyjne, a pani Ala, która pisze dla nas opowiadania do słowniczka, dodatkowo tę kontrowersyjność pogłębiła, ujmując temat z dość nietypowej strony. A przynajmniej nietypowej z punktu widzenia nas, rodziców.

Ale wracając do dojrzałości. Zadam Ci  kilka pytań, a Ty odpowiedz sobie sam przed sobą. Szczerze, bez owijania w bawełnę.

  1. Czy kiedykolwiek przyznałeś dziecku, że to ono miało rację, a TY byłeś w błędzie?
  2. Czy kiedykolwiek otwarcie przeprosiłeś dziecko, bo uznałeś, że postąpiłeś wobec niego niesprawiedliwie?
  3. Czy kiedykolwiek przyznałeś w rozmowie z dzieckiem, że nauczyciel / sąsiad / wujek postąpił niewłaściwie? (lub: nauczycielka, sąsiadka, ciocia 😉 – płeć tu nie ma nic do rzeczy).

Dorośli mają tendencję stawiać siebie na piedestale. Dorosły zawsze ma rację. Dorosły zawsze wie lepiej. Dorosły ma prawo, bo jest dorosły. Dorosły jest mądrzejszy, bo jest dorosły. Bardzo boimy się podważyć własny autorytet. Kiedyś usłyszałam, że nie powinnam przy dziecku źle mówić o nauczycielu (nawet jeśli ten postąpił skandalicznie), bo podważam w ten sposób autorytet nauczyciela. Pytanie tylko, czy ten dorosły miał wcześniej jakiś autorytet, bo żeby go podważyć, to on najpierw musi go mieć ;). Jeśli dorosły chce mieć autorytet wśród dzieci czy młodzieży, to musi go sam stworzyć – własną postawą i zachowaniem.

A jak TY budujesz swój autorytet u dzieci? Myślę, a wręcz jestem pewna, że niezbędnym fundamentem takiego autorytetu jest nasza szczerość. Czasem szczerość do bólu. Jest to uznanie własnej omylności i niedoskonałości, a także omylności i niedoskonałości innych dorosłych. Mówienie dziecku, że dorośli wiedzą lepiej to hipokryzja. Zawoalowany lęk przed tym, by przyznać się do tego, że NIE jesteśmy idealni.

Dziecko bardzo szybko wyłapie przejawy hipokryzji. Dlaczego tata zabrania mi palić, mówiąc, że to jest szkodliwe, a sam pali? Dlaczego mama powtarza, że trzeba zawsze mówić prawdę, a mnie okłamała? Dlaczego nauczycielka nas uczy, że trzeba szanować innych, a sama poniżyła mojego kolegę w oczach całej klasy? Takich przykładów można by mnożyć. Dzieci są wbrew pozorom bardzo inteligentne i czas najwyższy przestać im mydlić oczy, że dorosły jest alfą i omegą.

Jeśli potrafisz:

  • przyznać się wobec dziecka, że popełniłeś błąd,
  • przeprosić je tak po prostu,
  • otwarcie powiedzieć, że wielu rzeczy jeszcze nie wiesz,
  • być obiektywny i w obecności dziecka przyznać, że inny dorosły postąpił niewłaściwie,

wtedy dopiero masz szansę być PRAWDZIWYM autorytetem dla dziecka. Nie takim, któremu dziecko przytakuje tylko w jego obecności, ale takim, którego dziecko będzie szanować i któremu będzie ufać w każdym czasie i miejscu.

Budowanie TAKIEGO właśnie autorytetu jest miarą dojrzałości rodzica.
A może masz inne zdanie?

Nauka dzieci

Komentarze (7)

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że temat „Kolorowanki dla dzieci a seksizm” tak Was poruszy i wywoła lawinę komentarzy :). Tak czy siak, bardzo się cieszę, że pani Kamila wywołała ten temat i to z dwóch powodów.

Po pierwsze, dowiedziałam się, że nasze kolorowanki bardzo się podobają – zarówno Wam, jak i Waszym dzieciom 😀 To jest dla mnie dobra wiadomość, bo przecież to, co tu tworzymy, to nie sztuka dla sztuki, tylko ma to być maksymalnie użyteczne dla Was i Waszych pociech. Wszystkich tych, którzy „wołali o jeszcze” uspokoję, że kolorowanki to stały punkt naszych nowości i będą regularnie pojawiały się nowe, albo w formie klasycznych obrazków do kolorowania (kolorowanki dla dzieci), albo też w połączeniu z jakimiś ćwiczeniami (łamigłówki do bajek, alfabet w kolorowankach, 10 różnic itd.). Także wszystkie bajki i opowiadania do wydruku (również te w sekcjach „Inteligencja emocjonalna” i „Przyroda i ekologia”) zawierają ilustracje w formie przeznaczonej do kolorowania, więc tego u nas nie zabraknie 🙂

Po drugie, cieszę się, że temat został podjęty, bo – oj… tu się Wam narażę, ale trudno 😉 – bo częściowo przyznaję pani Kamili rację. Kolorowanki to nie są „tylko kolorowanki”, ale jest to element edukacji dziecka, jedno z narzędzi, które służy do kształtowania osobowości malucha. Ale elementów edukacyjnych jest wokół dziecka oczywiście całe mnóstwo – są to książeczki, telewizja, komputer, ludzie na ulicy, dzieci i panie w przedszkolu (panie w przedszkolu? ooops… znowu przejaw seksizmu 😉 ). I jak sami zwróciliście uwagę, najpotężniejszym narzędziem jest po prostu rozmowa z rodzicem.

Myślę, że dziewczynka – kolorując pana naukowca czy lekarza – nie zwróci uwagi na to, że jest to mężczyzna. Ale jeśli powie rodzicom „Ja też zostanę naukowcem!” i usłyszy w odpowiedzi: „Córuś, to nie dla ciebie…” i do tego jakieś „mądre” argumenty, to już prawdziwa klapa. Zarówno kolorowanki, jak i bajki, opowiadania, sytuacje spotykane w przedszkolu czy na ulicy są świetnym pretekstem do rozmowy z dzieckiem i wyjaśniania mu tego wszystkiego, czego chcielibyśmy je nauczyć.

Zgadzam się również z zarzutami, że w pierwszej serii kolorowanek o zawodach była mała nierównowaga, bo zostali przedstawieni prawie sami panowie.  Dlatego w drugiej serii będą prawie same panie :). Nie będę oceniała, czy to zawody lepsze, czy gorsze, bo tę dyskusję uważam za absurdalną. Natomiast muszę Wam zdradzić, że po tej całej wrzawie nasz rysownik ma dylemat, czy piosenkarka, którą narysował, nie jest za bardzo „wyuzdana” 😀

Powstaje więc pytanie – czy kolorowanki powinny przedstawiać realny świat, taki jaki nas otacza, czy też go naprawiać i przedstawiać go doskonalszym? Czy lepsza jest kolorowanka z piosenkarką, której widać goły brzuch, czy też kolorowanka z puszystą, skromnie ubraną panią, która jest nieatrakcyjna wizualnie, ale za to ma piękny głos? Ba, tylko jak przedstawić na kolorowance piękny głos… 😉  Zresztą piosenkarka na nowej kolorowance jest istnym uosobieniem skromności w porównaniu z tym, co widać obecnie w muzycznych teledyskach, gdzie nie wiadomo, czy śpiewające panie promują swój głos, czy też swój sex appeal.  Ja osobiście mam wrażenie, że intencją co  niektórych gwiazd estrady nie jest dostarczenie pozytywnych doznań estetyczno-muzycznych, tylko raczej zapewnienie pozytywnych doznań erotyczno-fizjologicznych 😉  Hm, ale zboczyłam chyba zbyt mocno z tematu.

Dziękuję bardzo wszystkim za opinie. Chciałabym, żebyście pamiętali, że ten serwis tworzymy dla Was i jesteśmy otwarci na wszelkie uwagi i sugestie. Można je zostawiać na blogu lub wysłać nam maila wykorzystując formularz kontaktowy.

I na koniec pokażę jeszcze projekt kolorowanki, która wzbudziła w naszym rysowniku pewne wątpliwości  😉 . Projekt ten uzyskał moją akceptację i mam nadzieję, że uzyska również Waszą. Nowe kolorowanki z zawodami – już wkrótce.


Nauka dzieci

Komentarze (1)

Czytałam niedawno bardzo wzruszającą książkę, której fragment koniecznie chciałabym Ci przytoczyć. Dlaczego? Bo bardzo mi się spodobał – stanowi świetne przesłanie dla mam i tatusiów (choć książka nie jest poradnikiem dla rodziców 😉 ). To będzie takie moje przesłanie na ten Nowy Rok – zamiast życzeń .

Pewnego razu, jakieś dwanaście lat temu, kiedy Chris miał siedem, a Laura dziewięć lat, zabrałem je na przejażdżkę swoim nowiutkim kabrioletem Volkswagena.

„Zachowujcie się grzecznie w nowym samochodzie wujka Randy’ego” – nakazała im moja siostra. – „Wytrzyjcie buty, zanim wsiądziecie do wozu. Nie róbcie tam bałaganu. Nie pobrudźcie go”.

Słuchając jej, pomyślałem, w sposób typowy dla wujka kawalera: takie właśnie upomnienia powodują skutek odwrotny do zamierzonego. Oczywiście, że dzieci zabrudzą mi samochód. To silniejsze od nich. Postanowiłem więc załatwić sprawę od razu. Kiedy moja siostra ustalała zasady obowiązujące w moim wozie, powoli i z rozmysłem otworzyłem puszkę z napojem, odwróciłem ją do góry dnem i wylałem zawartość na tylne siedzenie kabrioletu. Moje przesłanie: ludzie są ważniejsi od rzeczy. Samochód, nawet tak dziewiczy klejnot jak mój nowy kabriolet, to tylko i wyłącznie rzecz.

Rozlewałem colę i jednocześnie obserwowałem Chrisa i Laurę – usta mieli rozdziawione, oczy szeroko otwarte. Wujek Randy odrzucał całkowicie zasady ludzi dorosłych.

Skończyło się na tym, że byłem bardzo zadowolony z faktu rozlania tego napoju. Ponieważ w ten sam weekend Chris zachorował na grypę i zwymiotował, brudząc całe siedzenie. Nie czuł się winny, wprost przeciwnie, był zadowolony: widział wcześniej, jak osobiście zabrudziłem samochód. Wiedział, że wszystko będzie okej.”

Nawet się nie spodziewałam, że jakieś 2 tygodnie po przeczytaniu owej książki, będę miała okazję sprawdzić na sobie to przesłanie (nie, nie mam kabrioleta 🙂 ). Siedziałam z córką przy stole, ja – grzebałam coś na laptopie w swoim ukochanym serwisie (którego teraz jesteś gościem 😉 ), a córka jadła swoje ulubione danie, czyli mleko z płatkami. Nagle coś ją rozśmieszyło i mając buzię pełną tej mlecznej mieszanki… wybuchnęła gromkim śmiechem. Deszcz mleka i przeżutej kukurydzianej papki spadł z jej ust prosto… na klawiaturę i monitor laptopa. Nie będę Ci mówić, jak wyglądało moje narzędzie pracy, bo był to raczej żałosny widok 😉 Czy zrobiłam awanturę? Nie. Ale przyznaję – trochę pomarudziłam – ścierając szmatką spontaniczny wylew radości mojej pociechy.

Życzę zarówno sobie, jak i Tobie, byśmy zawsze potrafili odróżniać rzeczy ważne od nieistotnych.
I to tyle na ten Nowy Rok 🙂

Aha – cytowany fragment pochodzi z książki „Ostatni wykład” Randy’ego Pauscha.

Ostatni wykład
Nauka dzieci

Komentarze (3)